niedziela, 20 lipca 2008

Piłkarskie życie na gorąco

Wakacje to 2 miesiące w roku, kiedy życie wielu ludzi staje się przyjemniejsze i spokojniejsze. Uczniowie/studenci zyskują nagle mnóstwo wolnego czasu, który wykorzystują w różny sposób. Pracujący ciężko przez resztę roku szukają najdogodniejszego tygodnia, dwóch, żeby wyrwać się na długo oczekiwany urlop. Nawet polityków zwykle niezwykle rozgadanych dopada chęć ucieczki na parę dni do ciepłych krajów. Jak zawsze jednak aktualne jest powiedzenie, że ktoś gdzieś pracować musi, żeby gdzieś indziej odpoczywać mógł ktoś.

Czas odpoczynku to często czas oddania się pasjom lub złapania kontaktu ze światem zewnętrznym. Tak się składa, że pasją wielu ludzi jest sport (piłka nożna), a w ustronnym miejscu, gdzie albo nie ma telewizora albo mówi on do nas w niezrozumiałym języku, sprawdzić, co dzieje się w świecie można przede wszystkim dzięki prasie. Dlatego dziennikarze mają wtedy pełne ręce roboty, ale z drugiej strony... nie mają o czym pisać. Nie jest to wszakże duży problem, bo zawsze można wystartować z tygodniowym cyklem artykułów pt.: "Jak oszczędzać wodę myjąc jednocześnie zęby i naczynia", publikować nie zawsze zrozumiałe i rzadko słuszne opinie czytelników na każdy temat, za pomocą prowokacji rozpętać jakąś aferę albo napisać kilka zdań wyssanych z palca, które mimo wszystko znajdą odbiorców.

Sportu wakacyjna posucha nie dotyczy tak mocno jak innych dziedzin życia, bo w końcu w lipcu i sierpniu odbywają się liczne imprezy cykliczne jak np. kolarski Tour de France czy siatkarska Liga Światowa. Ponadto 2008 to rok olimpijski. W sierpniu czekają miłośników rywalizacji prawie 3 tygodnie całodobowej uczty podczas której można nasycić się na zapas. W piłce nożnej jednak koniec czerwca i lipiec to czas, w którym dzieje się stosunkowo niewiele. Oczywiście, prawdziwy fanatyk znajdzie dla siebie zawsze coś do oglądania. Rozgrywki prowadzą ligi skandynawskie, rosyjska, austriacka, amerykańska, brazylijska i kilka innych. Poza tym sporo różnego rodzaju turniejów kontynentalnych (faza finałowa Copa Libertadores w Ameryce Południowej czy nasze EURO) i mistrzostw młodzieżowych. Wygląda to imponująco, ale wybór w porównaniu z trwaniem klasycznego sezonu w Europie jest skromny.

Znam ludzi, którzy gardzą rozgrywkami niższej kategorii i czekają na pierwsze mecze w Premiership, La Liga, Lidze Mistrzów itd. Można się im dziwić, ale można też uznać ich za grupę dominującą i spróbować na nich zwyczajnie zarobić. W końcu rzecz oczywista, że fascynacja wielką piłką nie trwa 10, tylko 12 miesięcy w roku. Przerwa w rozgrywkach jest wbrew pozorom czasem wzmożonej aktywności dla klubów. W lipcu otwiera się okno transferowe w większości lig, z tego korzystają prezesi i trenerzy, którzy chcą w ośrodkach pracy zaprowadzić porządki, przeprowadzić zmiany, aby zrealizować wyznaczone cele w nowym sezonie.

Dla nich to specjalny okres, tak samo od kilku lat dla mediów, które stały się dzięki swoim wpływom integralnym elementem układanki. Ich udział w jej strukturze staje się większy z roku na rok. Dlaczego? Z uwagi na siłę słowa i pisma, które dociera do milionów ludzi. Bardzo popularne określenie Czwarta władza nie powstało przypadkowo. Monteskiusz podzielił władzę na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Nie przewidział, że Konstytucja RP z 1997 i setki innych tego dokumentów na całym świecie dzięki zapisowi o wolności mediów stworzą nowy ośrodek wpływania na obywateli. Dobrze, tylko co wspólnego ma to np. z transferem Ronaldinho do Milanu z tego tygodnia?

Trudno ocenić ten wpływ w procentach, ale agenci piłkarscy, zazwyczaj główni zwolennicy częstego transferowania swoich podopiecznych z klubu do klubu znaleźli sprzymierzeńców właśnie w dziennikarzach. Jak przyznał szef działu sportowego jednego z najbardziej poważanych brytyjskich dzienników The Times większość informacji o możliwych ruchach transferowych pochodzi właśnie od agentów. W związku z czym historie z tylnych okładek spełniają się umiarkowanie rzadko. Ale w końcu agentom i samym piłkarzom nie zależy na wiarygodności informacji prezentowanych w gazetach, tylko na własnych korzyściach, czyli w tym przypadku pieniędzach i innych bonusach wynikających ze zmiany otoczenia.

Dziennikarze mogą, rzecz jasna, traktować agentów jako źródła informacji, ale raczej niepewne. Bo powtarzanie za agentem kolejnych plotek bez jakiejkolwiek weryfikacji potrafi wpłynąć ujemnie na odbiór dziennika przez czytelnika. Jest to jednak na tyle niewielka przeszkoda, że większość redakcji stara się ją ignorować, bo w końcu chodzi o zadowolenie czytelnika. A jak wskazują statystyki udostępnione przez szefa działu sportowego witryny BBC w wywiadzie dla audycji World Football, podstrona serwisu z plotkami transferowymi jest nie tylko jedną z najchętniej odwiedzanych w sekcji sportowej, ale również w całym BBC Online, którego objętość jest trudna do ogarnięcia.


















Pomimo codziennych doniesień o postępach (na razie żadnych?) w sprawie prze
nosin Cristiano Ronaldo do Realu Madryt, ludzie chcą więcej i więcej informacji. Przy okazji wydaje się, że nie zważają na ich prawdziwość, a kolejne rzucane w przypadkowej kolejności liczby - 60-80-100 mln euro przyprawiają ich o szybsze bicie serca. Tworzenie informacji od widza, to częste zarzuty wysuwane np. wobec TVP, która ma realizować misję programową. Dziennikarze każdego z tytułów prasowych mają natomiast wybór - mogą starać się selekcjonować informacje rzetelnie albo przepuszczać przez sito pogłoski, o których się filozofom nie śniło i zarabiać na ludzkiej ciekawości. Tak samo wybór mam ja, ty, on, ona, ono. Możemy wspierać i nakręcać kampanię rozpowszechniania czegoś, co w Polsce nazwiemy gówno prawdą, w Anglii bullshitem, a w Niemczech scheiße, możemy też omijać plotki na miarę Życia na gorąco z daleka i skupić się na tym, co w futbolu istotne - golach, umięjętnościach, rywalizacji. Ja już wybrałem. Twoja kolej.

czwartek, 17 lipca 2008

Od niepowodzenia do porażki

Ostatnie lata polskich drużyn na arenie europejskiej były pasmem niepowodzeń. O tym dobrze wie każdy kibic, a reszta narodu niespecjalnie zainteresowana rozgrywkami innymi niż Mistrzostwa Świata albo EURO (koniecznie z udziałem reprezentacji Polski) domyśla się. Właściwie nad stanem polskiego futbolu, myśli szkoleniowej, systemu szkolenia, baju-baju etc. nie trzeba się zastanawiać, bo w każdej gazecie mamy gotowy raport: gorzej być nie może, ale w następnych latach prawdopodobnie będzie. Znudzony powtarzającym się scenariuszem, w którym drużyny klubowe z Polski gubiły się przed dobrnięciem do pierwszego przystanku pucharów, przestałem się zjawisku przyglądać z bliska. I byłem przekonany, że tracę niewiele. Bo w końcu jaką różnicę robi fakt, czy naszych wyeliminowała drużyna z Białorusi, Kazachstanu czy Armenii?

Żadną, dopóki nie spojrzeć, że w rankingu UEFA służącym do rozstawiania drużyn po szczebelkach wymienione kraje, kojarzone w Polsce z bidą, nędzą i końcem świata, zaczęły się do nas zbliżać, a nawet przeganiać. Przez to najwierniejsi kibice mogą potencjalnie oglądać zmagania swoich wybrańców kilka razy więcej, bo jeżeli liczyć np. na fazę grupową Pucharu UEFA, to droga do niej wydłuża się z roku na rok. Właściwie nie do końca, bo obecnie jest już najdłuższa z możliwych. Żeby się do grupy dostać, tegoroczni reprezentanci - Lech i Legia muszą zwycięsko wyjść z dwumeczów w dwóch rundach kwalifikacyjnych i pierwszej rundzie zasadniczej. W sumie 6 meczów, zanim rozpocznie się gra o coś, z zespołami, które mają znaczenie w europejskiej hierarchii. Tylko dlaczego mamy żądać meczów z drużynami z wyższej półki, skoro nawet nie zbliżamy się do ich poziomu?

Droga pełna przeszkód, to efekt kilku lat zastoju, który wreszcie musi się skończyć. Przełom w sezonie 2008/09? Brzmi nieźle. Niestety, pierwsze oznaki, że kilkuletni zwyczaj może dzięki szczerej chęci zamienić się w tradycję, dała Cracovia. W tabeli ligowej sezonu 2007/08 - siódma drużyna. Jak niewiele to znaczy, choćby dla białoruskiego Szachtiora Soligorsk pokazała I runda Pucharu Intertoto. Wyniki meczów - 1:2 i 0:3. Inna sprawa, że siódma drużyna nie znalazła się w preeliminacjach do Pucharu UEFA za dobrą grę, tylko ze względu na bałagan w polskiej lidze. Korupcja, likwidacje, przenosiny, awanse, spadki. Dlatego o swojej szansie Krakowianie dowiedzieli się w końcu maja.

Szansa szybko stała się częścią historii walki PZPN z samym sobą. Cracovia przez miesiąc była zapewniana, że tę szansę otrzyma i tak się stało, podczas gdy Znicz Pruszków kilka dni był w Ekstraklasie, ale po korektach decyzji miejsce uciekło. Ale tak naprawdę, jako zwolennika tego, co dzieje się na boisku, a nie w komisjach związku, przestało mnie to interesować. Mocy sprawczej dotyczącej naprawy sytuacji ja ani ten blog nie ma, wróciłem więc do obserwacji tego, jak radzą sobie sami piłkarze.

Lech Poznań, który w sparingach imponował, miejsce w pucharach wywalczył sam i ma chrapkę na mistrzostwo Polski wybrał się do Baku w Azerbejdżanie. Przyzwoita gra dała zwycięstwo 1:0. Pocieszające jest to, że widoczna była różnica klasy pomiędzy Poznaniakami, a drużyną Chazara, co oznacza, że nie jesteśmy jeszcze na samym dnie. Pomimo, że nazwa przeciwnika nie robi na nikim w Europie szczególnego wrażenia, Lech zagrał z determinacją. Oby tak dalej, bo do fazy grupowej nadal daleko.

Ostatnie widoczne osiągnięcia naszych drużyn w Europie, to serie Wisły Kraków i Groclinu Grodzisk w Pucharze UEFA. Groclinu już nie ma. Kiedy Wisły po fatalnym sezonie 2006/07 też zabrakło, polska piłka zostawiła w zeszłorocznych rozgrywkach jeden ślad - zadymę w Wilnie. Dotąd nie udało się ustalić, czyj występ przyniósł większy wstyd na murawie stadionu Vetry - piłkarzy przed przerwą czy bandytów w przerwie. Konsekwencje tych wydarzeń widoczne są i dzisiaj, kiedy Legioniści podejmują Białorusinów z FC Homel na Łazienkowskiej przy biernym udziale kibiców na Żylecie. Sama gra w pierwszej połowie prezentowała się na podobnym poziomie jak rok temu. Druga połowa przyniosła regres i obawy przed rewanżem. Klub ponawia stare grzechy - kadra jest wąska, co widać już u progu sezonu. Niekończący się konflikt zarządu z kibicami także nie ułatwia skupienia się na futbolu.

Niestety, ale moja niechęć do taplania się w błocie i zignorowanie atmosfery wokół piłki ligowej w Polsce, nie oznacza, że nie jest to czynnik, który nie wpływa na piękną grę. Wręcz przeciwnie. Organizacja i administracja klubowa jest teraz wyjątkowo istotna i nie ma sukcesu na boisku bez odpowiednich działań zarządu i podległych im struktur. Ta prawidłowość sprawdza się patrząc na rozgrywki wewnętrzne, gdzie ostatni sezon należał do Wisły, Legii, Groclinu i Lecha, które wyróżniają się budżetem i stabilnością. Cechy, które na polskim podwórku należą do atutów tych klubów, w konfrontacji z zagranicznymi przeciętniakami przestają nimi być. Okazuje się wtedy, że pieniędzy jest za mało, a europejski poziom zarządzania to nadal niedościgniony ideał, o którym można poczytać w książce albo zobaczyć jego elementy w telewizji.

I chociaż bardzo bym chciał, żeby Lech i Legia zdobyły przynajmniej 3-4 punkty w fazie grupowej Pucharu UEFA i wierzę rokrocznie w awans mistrza Polski tam, gdzie jego miejsce (do Ligi Mistrzów), to jestem świadomy, że realistycznie mogę liczyć na spełnienie góra jednego z tych założeń. Aby jednocześnie udało się dwóm lub trzem drużynom potrzeba ciągłości i jakości. Co gorsze nawet jednego sukcesiku samo szczęście nie zagwarantuje.

Jak nisko upadły oczekiwania kibiców i środowiska piłkarskiego podkreśla wypowiedź trenera Legii Jana Urbana tuż po bezbramkowo zremisowanym meczu.

- Czy można znaleźć w grze Legii pozytywy?
- Oczywiście, drużyna wyglądała fizycznie lepiej niż się mogłem tego spodziewać.

W tym tkwi problem. Zaczynamy radować się rzeczami tak błahymi, że bliżej nam do filozoficznej i poetyckiej pochwały życia niż do wyciągania wniosków i wymagania od siebie postępów. Kiedy Jan Urban cieszy się dobrą kondycją zawodowych sportowców, Niemcy lamentują nad przegranym z Hiszpanią finałem Mistrzostw Europy. Każdy zna powiedzenie, że nie należy spoczywać na laurach. Tym bardziej nie powinno się rezygnować widząc laury na czyjejś szyi z trybun i to przez lornetkę.

Minimalizm nie jest obcy mistrzom sportu, ale używają go tylko wtedy, gdy zmuszeni są mówić o swoich zaletach. Kiedy planują cele zawodowe zawsze sięgają wyżej. Niemcy zbudowali na tym przekonaniu wiele drużyn w różnych dyscyplinach. W Polsce takie podejście jest widoczne przede wszystkim u sportowców indywidualnych - Małysza, Radwańskiej, Kubicy. O wartości drużyny musi być pewna przynajmniej jedna osoba, która przekona co do tego całą załogę. Tą osobą zazwyczaj jest trener, pewnego rodzaju Mistrz. Występ Legii sugeruje, co się dzieje, kiedy Mistrz nabiera wątpliwości.

niedziela, 29 czerwca 2008

Finał EURO - przywilej nie tylko Bogów


Notka o śmierci Joga Bonito z 15 kwietnia uśmierciła ten blog na ponad dwa miesiące. Nie zdołała jednak zgładzić wspomnianej pięknej gry, która podczas największego turnieju piłkarskiego tego lata - EURO - przeżywa renesans. Cała Rosja świętowała po zwycięstwie swoich reprezentantów nad Holandią do białego rana, a reszta kontynentu przez kilka dni cmokała nad stylem gry drużyny Guusa Hiddinka. Największą pochwałą dla sportowego (ale przez ostatnie kilka lat niezbyt kojarzonego z futbolem) mocarstwa były gratulacje złożone przez przywódcę uważanego wcześniej za najbardziej efektownie grającą ekipę mistrzostw teamu Oranje - Marco van Bastena. Wielka siła ofensywna została jednak poskromiona przez jeszcze większą i również zapomnianą - La Furia Roja. Jak stłamsić przeciwnika o niezmierzonych możliwościach w ataku wiedzieli też Niemcy. W ćwierćfinale czempionatu pokonali Portugalczyków, a mistrzów ostatnich minut gry Turków obezwładnili ich własnym orężem i udowodnili, że styl gry jest sprawą istotną najwyżej dla kibiców poległych rywali. Dlatego mistrzostwa zakończą się starciem dwóch drużyn uznawanych za faworytów zawsze. Niemcy osiągają jednak wyniki częściej niż ponoszą klęski, a także częściej niż wskazuje na to zdrowy rozsądek. Hiszpanie natomiast, żeby pochwalić się sukcesami reprezentacji muszą raczej sięgać po literaturę historyczną, a nie współczesną prasę sportową.

Udział dwóch wielkich państw w finale podnosi prestiż rozgrywek. Zmagania w Portugalii 4 lata temu są do dzisiaj traktowane przez niektórych z przymrużeniem oka, a ówcześni zwycięzcy - Grecy - jak niedzielni mistrzowie. I może słusznie, bo dowody ich słabości są poważne. 4 lata wcześniej złoty medal, dwukrotnie Portugalia oraz Francuzi i Czesi na łopatkach, teraz 0 punktów i miano najsłabszej drużyny turnieju. Porównywalne rozczarowanie swoim fanom przyniosła tylko postawa Les Bleus. Złota generacja właśnie wyzionęła ducha.

Co mają do zaoferowania kibicom drużyny finalistów? Hiszpanie - naturalną skłonność parcia do przodu, Niemcy - zwycięstwa. Pomysł na sukces drużyny z Półwyspu Iberyjskiego nie zawsze się sprawdzał, ale tym razem jest inaczej. Może to nie pomysł, tylko wykonanie? Szeroka publiczność poznała pochodzącego z Brazylii Marcosa Sennę, który nie pełni roli czarującego-rozgrywającego (bo tych w La Selección nie brakuje), ale pana od brudnej roboty, który po udanym przejęciu rozpoczyna akcję swojej drużyny. Podobnie jak polski Roger stanowi doskonałe uzupełnienie reprezentacji, której czegoś wcześniej brakowało. U nas Guerreiro jednak przeszedł płynnie z roli piłkarza zapasowego do gracza kluczowego, tymczasem Senna od samego początku pełnił w drużynie Luisa Aragonésa rolę istotną i tak już pozostało.

Obu piłkarzy łączy właściwie tylko obywatelstwo i fakt, że nie mieli większych szans na zaistnienie w reprezentacji Canarinho. Jak na dłoni widać tutaj mądre decyzje szkoleniowców wspomnianych drużyn, ale przede wszystkim bogactwo brazylijskiego futbolu, nie tak znowu większe od zasobów argentyńskich. Niektórzy kibice dosyć pogardliwie wobec drużyn z innych kontynentów nazywają EURO mistrzostwami świata bez udziału Brazylii i Argentyny. Nie jest moim zamierzeniem dowodzenie prawdziwości lub fałszywości przedstawionej tezy, lecz jedynie uzmysłowienie, że EURO bez przedstawicieli tych dwóch nacji się obecnie nie odbywa. Listę Brazylijczyków można co najwyżej zacząć od Marcosa i Rogera, bo jest ich znacznie więcej, a argentyńskim przykładem jest oriundi z Juventusu Turyn - Mauro Camoranesi - mistrz świata 2006.

Niemcy także polegają na piłkarzach pochodzących z innych krajów, aby łatać braki w określonych formacjach. Takie pozycje jak bramkarz i obrońca są uznawane za największą siłę Die Mannschaft, w pomocy rządzą i dzielą Michael Ballack i Bastian Schweinsteiger, ale już wśród napastników mamy do czynienia z ciekawym miksem narodowości - dwóch zawodników pochodzenia polskiego, po jednym węgiersko-panamskiego (Kevin Kuranyi) i hiszpańskiego (Mario Gómez). Oczywiście nie ma tutaj tygla vide Arsenal Londyn, ale już za kilkadziesiąt minut w Wiedniu widoczną rolę powinno odegrać grono piłkarzy wywodzących się z różnych części globu, nie tylko z Niemiec i Hiszpanii, a nawet niekoniecznie związanych od urodzenia z Europą.

Spotkanie o tytuł mistrza Europy można potraktować także jako miernik jakości systemu szkolenia i siły rozgrywek ligowych obu krajów. W 23-osobowej kadrze Hiszpanów oprócz angielskiej piątki (Torres, Fabregas, Alonso, Arbeloa, Reina) znajdują się wyłącznie piłkarze La Liga. U Niemców zagraniczniaków jest nawet mniej (Lehmann, Ballack - Anglia, Odonkor, Metzelder - Hiszpania; stan sprzed turnieju finałowego). Ciekawostką jest, że podobny wzór obowiązuje wśród dwóch pozostałych półfinalistów - Rosjan (1 piłkarz z zagranicy) i Turków (7). Dla porównania kadra Polski składała się z zawodników występujących w 11 różnych krajach (12 ligach).

Wymienione cechy anatomiczne drużyn finalistów sugerują, że dzisiejszy mecz nie powinien nudzić. Mieszanka piłkarzy kilku narodowości, grających na co dzień w dwóch ligach o wysokim standardzie, przy jednoczesnym udziale kontyngentu z Premier League (uważanej dosyć powszechnie za obecnie najsilniejszą ligę świata) znamionuje widowisko znakomite. Na dodatek zderzenie olbrzymiego doświadczenia z debiutancką żądzą sukcesu na ławce trenerskiej. Kolejny znak, że wszystko musi być dzisiaj piękne, wspaniałe, najwyższej klasy. Ale nie musi, bo przecież zmieszanie wielu substancji, nawet najbardziej szlachetnych, nie gwarantuje, że otrzymamy ambrozję. Ale czy naprawdę potrzebujemy gwarancji, żeby móc zasiąść w niedzielny wieczór przed telewizorem (szczęściarzom na stadionie gratuluję), aby obejrzeć odbywający się raz na 4 lata finał Mistrzostw Europy?

wtorek, 15 kwietnia 2008

Życie i śmierć Joga Bonito

Wtorkowy wieczór i niedzielne popołudnie zakończyły sezon Arsenalu, odpowiednio: w Europie i w kraju. Wprawdzie do rozegrania zostały jeszcze 4 mecze ligowe, ale starania zespołu poszły na marne. Klubowa gablota na puchary trzeci sezon z rzędu nie wzbogaci się o żadne nowe trofeum. Przez długi czas nic nie wskazywało na tak fatalny koniec. Arsenal wygrał mnóstwo małych bitew na wszystkich frontach, ale z drugiej strony przegrał wszystkie kluczowe, te, które decydują o losach wojny. Jak to jednak w wypadku ekipy z zachodniego Londynu bywa, nie tylko zwycięstwa, ale i klęski były spektakularne.

Najbardziej bolesna chwila nadeszła 13 kwietnia. Ale tej porażki można było się spodziewać. Była tylko dopełnieniem fatalnej serii. Arsenal wygrał 2 z 13 ostatnich meczów. To forma, która jest dobrze znana drużynom walczącym o utrzymanie, a The Gunners mieli przecież walczyć o triumf w Lidze Mistrzów UEFA i ukończyć na szczycie rozgrywki, uważanej przez wielu fachowców za obecnie najsilniejszą ligę na świecie, Premiership.

Do końca roku 2007 siedziba Arsenalu była obozem powszechnej szczęśliwości. Nieszczęścia zaczęły nadchodzić jednak nie tylko parami, a nawet trójkami i czwórkami w 2008. Już w styczniu drużyna Arsene'a Wengera została niespodziewanie rozbita w rewanżowym meczu półfinałowym Carling Cup przez największego rywala - Tottenham. Porażka 5:1 i boiskowa sprzeczka pomiędzy Emmanuelem Adebayorem i Nicklasem Bendtnerem nie wróżyła niczego dobrego.

Puchar Ligi jest traktowany przez kluby Premiership jako rozgrywki mało prestiżowe, w których główne role odgrywają rezerwowi i zdolna młodzież - nieprzygotowana do walki na poziomie ligowym i europejskim. Było to wygodne wytłumaczenie niedyspozycji. Bo faktem jest, że Wenger do boju posyłał tutaj zawodników nieogranych, a swój udział w niechlubnym przedsięwzięciu miał również Polak Łukasz Fabiański. Niepokój budził jednak styl - porażka mogła być wyższa. Ponadto rok wcześniej Arsenal dopiero w finale Carling Cup po zaciętym meczu musiał uznać wyższość Chelsea, pomimo, że na murawę wychodzili ci sami chłopcy, o rok ubożsi w doświadczenie. Na dodatek przegrana z rywalem z sąsiedztwa boli, bez względu na okoliczności, a było to pierwsze zwycięstwo Spurs nad Gunners od ponad 8 lat.

Kolejny punkt zwrotny, to przegrana na wyjeździe z innym rywalem, tym razem do tytułu - Manchesterem United. Nie był to wprawdzie mecz ligowy, tylko FA Cup, Wenger ponownie dał odpocząć kilku zawodnikom, ale o okolicznościach porażki zapomina się, kiedy jej rozmiary wynoszą 4:0. Był to kolejny sygnał, że Arsenal, który nie tylko wygrywał od początku sezonu, ale czynił to w imponującym stylu, nie jest niepokonany. Angielscy fachowcy i kibice w dyskusjach przed sezonem zgodnie twierdzili, że młoda drużyna, osłabiona odejściem najlepszego strzelca w historii klubu - Thierry'ego Henry'ego nie jest w stanie nic osiągnąć. Pesymistyczne głosy było słychać również wśród kibiców Kanonierów. Wszyscy oni ostatecznie nie pomylili się. Ale wielu z nich było gotowych na korektę opinii, gdy od początku sezonu Arsenal zaczął zadziwiać, a później zachwycać całą ligę. Wydawało się, że wypowiedzi piłkarzy nie były tylko próbą usprawiedliwienia nieporadności transferowej klubu, ale odejście Henry'ego naprawdę pomogło. Arsenal wreszcie przestał remisować w meczach, w których posiadał miażdżącą przewagę w statystykach. Problem ten powrócił w najgorszym momencie, kiedy sezon wchodził w przełomową fazę. Z 13 ostatnich meczów, Arsenal aż 7 zremisował.

Wyglądało to tak, jakby Londyńczykom kończyło się paliwo. Z tego względu czuli się lżejsi i zdołali jeszcze dwukrotnie przyspieszyć. Najpierw w 1/8 finału Ligi Mistrzów pokonali w meczu wyjazdowym obrońców tytułu - AC Milan. Później w dramatycznych okolicznościach zdołali wyrwać 3 punkty Boltonowi, pomimo gry w dziesiątkę i wyniku 0:2 do przerwy. Do klasy obu rywali można jednak mieć pewne zastrzeżenia. Milan znajduje się w ciężkim położeniu i ten sezon może zakończyć poza czwórką w lidze, w efekcie bez awansu do Ligi Mistrzów. Patrząc na tradycje klubu i kadrę, jest to zaskakujące. Bolton natomiast ostatkami sił broni się przez spadkiem z Premiership.

Trzema gwoździami do trumny okazały się mecze z bezpośrednimi rywalami. Każdy z nich zaczynał się korzystnie dla Arsenalu i każdy kończył tak samo - klęską. Wśród powodów wymienia się przede wszystkim zmęczenie piłkarzy. Niektórzy z nich grali z nielicznymi wyjątkami prawie od początku sezonu. W tym czasie Rafael Benitez (Liverpool), Avram Grant (Chelsea) i sir Alex Ferguson (Man Utd) mogli pozwolić sobie na roszady w składzie, które nie zmieniały nic biorąc pod uwagę skuteczność gry. Negatywne efekty ciągłej gry widać po liderze Arsenalu - Hiszpanie Cescu Fabregasie. Nadal gra dobrze, często bardzo dobrze, ale już nie świetnie i genialnie, kiedy na początku sezonu oprócz rozgrywania, do swojej gry włączył seryjne strzelanie bramek.

Jeżeli chodzi o przywództwo, to na swojej drodze Wenger stracił ważnego żołnierza. Eduardo dotknęła przykra kontuzja (o której pisałem TUTAJ). Trudno jednoznacznie określić, jak wielki wpływ na postawę drużyny wywarło to zdarzenie. W meczu z beniaminkiem z Birmingham Arsenal stracił jednak punkty w nieprawdopodobnych okolicznościach pomimo olbrzymiej przewagi (rzut karny przeciwko w ostatniej minucie gry). A jak wiadomo, każda seria ma swój początek i nie bierze się znikąd. Tymczasem kolejne kontuzje (Van Persie, Rosicky, Sagna, Flamini) pozwoliły złej passie trwać aż do dzisiaj. Wprawdzie Van Persie już powrócił, a Flamini wypadł z gry w ubiegłym tygodniu, ale forma po powrocie pierwszego i uraz drugiego spowodowały, że przeszli obok meczów decydujących o powodzeniu sezonu.

Kontynuując wątek przywództwa Wenger na sierżanta w swoim oddziale nominował Williama Gallasa. Decyzję można oceniać różnie, ale ta nie była szczęśliwa. Szczególnie widoczne w meczu z Birmingham, ale także w meczach późniejszych, francuski obrońca po prostu nie poradził sobie z tą rolą. Najpierw dał znać o sobie temperament, a w kolejnych tygodniach było widać znowu jego brak zaangażowania, na boisku nie pomagał młodszym kolegom.

Każdy z tych czynników miał swoją rolę w niepowodzeniu, to pewnik. Arsene Wenger znalazł dodatkowe elementy, które nie pasowały do układanki. Były to pech i praca sędziów. W powoływaniu się na szczęście i pech jest może trochę racji, ale nigdy nie są one dobrym wytłumaczeniem. Na czynniki losowe należy się bowiem przygotować w jak największym stopniu. Wenger w zimowym oknie transferowym nie kupował, bo nie przewidział skali kontuzji. Można powiedzieć, że czuł się na tyle bezpieczny, że zrezygnował z wykupienia polisy ubezpieczeniowej. Obarczanie winą sędziów jest natomiast taktyką powszechną wśród trenerów na całym świecie. Rzadko, który z nich potrafi oprzeć się pokusie. Interpretacja kontrowersyjnych zdarzeń wśród menedżerów przeciwnych ekip jest z reguły krańcowo odmienna.

Prawda leży jak zwykle po środku. Szczęście nie było po stronie Arsenalu, sędziowie też nie zawsze podejmowali właściwe decyzje, ale w długim sezonie nie ma przypadków. Arsenal okazał się mniej odporny na niesprzyjające czynniki niż rywale. Było to widać pod koniec sezonu zarówno w meczach z rywalami, których należało ograć jak i bezpośrednich starciach z kontrkandydatami do złota. Pozostaje obserwować, jak zagrają Kanonierzy bez presji w ostatnich spotkaniach sezonu, być może z szeroką grupą młodzieży w kadrze meczowej. Jeszcze ciekawsze, czy Arsene Wenger wyciągnie wnioski ze swoich niepowodzeń i sprawi, że za rok Arsenal będzie finiszował w zabójczym tempie, a maraton zakończy zmęczony, ale w glorii zwycięzcy. Wszak Francuz przekonał się, że linia pomiędzy sukcesem a tragedią jest bardzo cienka, wielkim wyzwaniem będzie jej przekroczenie. Ostatnie 8 miesięcy nie zostało jednak kompletnie zmarnowane. Drużyna nie tylko zdobyła cenne doświadczenie, którego nie zastąpi żaden trening, ale i pokazała piękny futbol i pasję, która na pewno przysporzy im kibiców. Jednego już przysporzyła.

niedziela, 13 kwietnia 2008

Monachijsko-berlińska dylogia

W niedzielę 13 kwietnia 2008 w Monachium w ramach rozgrywek o mistrzostwo Bundesligi zmierzą się Bayern i Borussia Dortmund. Zaledwie 6 dni później dojdzie do kolejnego starcia tych drużyn, tym razem w Berlinie. Obie drużyny wiedzą mniej więcej, na którym miejscu w tabeli ligi znajdować się będą 17 maja, czyli w dniu zakończenia zmagań. Trudno wyobrazić sobie, że Bayern straci mistrzostwo, kiedy w rozgrywkach prowadzi od samego początku. Borussia natomiast, realnie rzecz biorąc, nie awansuje wyżej niż na dziewiąte miejsce i nie spadnie poniżej trzynastego. Karty zostały rozdane.

Tymczasem po spotkaniu w finale Pucharu Niemiec można sobie obiecywać znacznie więcej. Bayern jako największy klub w Niemczech trofeum zdołał wywalczyć 3 razy w ostatnich pięciu sezonach, a w sumie ostatnia dekada przyniosła zwycięstwa w połowie rozgrywek. Można powiedzieć, że Bayern nie jest już głodny tego trofeum. Można, ale nie będzie to prawdą. Nie zmienia tego fakt, że w sezonach 2004/05 i 2005/06 Bayern zdobywał podwójną koronę (mistrzostwo + puchar kraju). Z jakiego powodu?

Po pierwsze, ostatni sezon nie przyniósł żadnego seniorskiego trofeum, co w klubie uznano za katastrofę. Bayern w ostatnich latach rzadko miewał takie problemy. Zarząd klubu przeznaczył wielkie pieniądze na transfery, żeby uniknąć powtórzenia sytuacji. Dwa najważniejsze zakupy, to Francuz Franck Ribery i Włoch Luca Toni. Obaj zawodnicy prezentują przez cały sezon równą formę i w dużej mierze od nich zależy, jaki wynik na koniec sezonu osiągnie drużyna ironicznie nazywana FC Hollywood. Tymczasem wiele wskazuje, że wyniki w rozliczeniu okażą się imponujące. Oprócz wywalczonego przed rozpoczęciem właściwych zmagań Pucharem Ligi, mistrzostwa, które jest już na wyciągnięcie ręki, Bayern jest faworytem do sięgnięcia po puchar kraju oraz pierwsze po siedmioletniej przerwie trofeum w Europie - Puchar UEFA.

Miano "faworyta" nie pojawia się przy nazwie klubu przypadkowo. Bayern udowadnia na każdym kroku, że kolejne zwycięstwa są nie tylko prawdopodobne, ale z niewielkim ryzykiem błędu można mówić o pewności. Ze względu na Mistrzostwa Europy, do końca sezonu na kontynencie pozostał zaledwie miesiąc. Tymczasem Czerwoni z Monachium nie tylko nie tracą sił, ale finiszują w królewskim stylu. Wiele o klasie tej drużyny powiedział czwartkowy mecz rewanżowy w ćwierćfinale Pucharu UEFA przeciwko Getafe. Pierwszy mecz rozegrany w Niemczech zakończył się remisem 1:1, co dawało komfort Hiszpanom.

Bayern, pomimo gry z przewagą zawodnika przez większą część meczu, tuż przed przerwą stracił bramkę po rajdzie Rumuna Cosmina Contry. I kiedy kibice cieszyli się już z awansu Getafe do kolejnej rundy, Bayern zrobił to, co zwykł czynić w takich sytuacjach. Franck Ribery strzelił wyrównującą bramkę w 89. minucie. Dogrywka jednak rozpoczęła się od... dwóch goli strzelonych przez osłabioną ekipę gospodarzy. Ten wynik utrzymywał się długo, ale nie wystarczająco długo, żeby powstrzymać Bayern. Nieszczęście debiutanta w europejskich pucharach zaczęło się od błędu bramkarza z Argentyny - Roberta Abbondanzieriego zaledwie 5 minut przed zakończeniem meczu. Bayern nie ma w zwyczaju marnowania prezentów i po raz kolejny dokonał cudu. W ostatniej minucie gry do ataku włączył się nawet Oliver Kahn. Pomogło. Bramkę zdobył najlepszy strzelec tegorocznej edycji Pucharu UEFA - Luca Toni.

Bayern wygrał nie po raz pierwszy i nie ostatni w okolicznościach, za które jedni go kochają, inni nienawidzą. Być może monachijczycy grają o puchar z taką determinacją, ponieważ... rzadko w tych rozgrywkach uczestniczą. Po rocznej przerwie, będą znowu grali w bardziej prestiżowej Lidze Mistrzów UEFA.

Drużyna z Dortmundu została chwilowo odsunięta na bok, ale przecież i tutaj motywacja jest olbrzymia. Ostatni sukces BVB to mistrzostwo Niemiec z 2002 roku. Natomiast Puchar Niemiec to w kolekcji Czarno-żółtych trofeum bardzo pożądane, bo wywalczone dotychczas tylko dwukrotnie, ostatnio jeszcze przed obaleniem muru berlińskiego. Na dodatek minione lata były chude w sukcesy sportowe, a spowodowały to kłopoty finansowe, które wymusiły zmianę modelu zarządzania i cięcia budżetowe. Pomimo tego Borussia wciąż uchodzi za drużynę z niewykorzystanym potencjałem. 19 kwietnia będzie właściwą okazją, aby choć część możliwości wykorzystać.

Istotne jest, że cel na ten sezon został w praktyce osiągnięty. Dzięki wysokiej pozycji w tabeli Bundesligi Bayernu, Borussia nawet w razie porażki zostanie zgłoszona przez DFB do przyszłorocznego Pucharu UEFA. To może wpłynąć na drużynę demobilizująco, ale biorąc pod uwagę wcześniej wspomniane okoliczności, kibice BVB nie powinni się obawiać. Tym bardziej, że w zeszłym tygodniu Borussia podobnie jak Bayern pokazała charakter. Wprawdzie nie był to mecz o półfinał europejskich pucharów, grany na Signal Iduna Park, a nie w dalekiej Hiszpanii, ale rywal był już teoretycznie na podobnym poziomie. Tymczasem Dortmund, który odpadł w lidze z gry o wyższe cele, w ciągu ostatnich 5 minut meczu potrafił się podnieść i zamiast porażki, dzięki staraniom całego zespołu i bramkom Alexandra Frei'a i Dede zainkasował 3 punkty.

Mecz w finale DFB-Pokal będzie zapewne ciekawy ze względu na przedstawione dla zmagań na boisku tło. Dzisiejsze spotkanie w Bundeslidze ze statystycznego punktu widzenia jest już jednak rozstrzygnięte. Bayern nie przegra. W trzynastu dotychczasowych meczach u siebie (liga, sezon 2007/08) wygrał 8 razy, resztę spotkań zremisował. W 27 meczach stracił 16 goli, poniósł tylko 2 porażki. Dla porównania Roman Weidenfeller lub Marc Ziegler wyciągali piłkę z siatki aż 45 razy, a na wyjeździe BVB zdobywała punkty tylko w sześciu z 14 meczów (3 zwycięstwa).

Trochę optymizmu w serca kibiców BVB może wlewać bilans 4 ostatnich spotkań obu drużyn - po jednym zwycięstwie obu rywali i 2 remisy. Podziałem punktów zakończył się m.in. mecz z rundy jesiennej. Z drugiej strony Borussia w ostatnich 7 meczach wyjazdowych z Bayernem uciułała zaledwie 2 punkty (bez zwycięstwa w ostatnich 15 meczach), a wśród wyników poszczególnych meczów można doszukać się stosunku bramek strzelonych do straconych takich jak 6:2, 4:1, 5:0 na korzyść Bayernu. Nawet w ostatnim sezonie mistrzowskim (2002) - Borussia zdołała wyrwać Bawarczykom wyłącznie punkt.

Ekipa z Westfalii może liczyć na zmęczenie gospodarzy thrillerem sprzed 3 dni i honorowy remis. Patrząc z doświadczenia, poleganie na słabości Bayernu, nie wydaje się być jednak najmądrzejszą taktyką. Kolejny cień nadziei, to możliwa absencja Francka Ribery'ego, który jeszcze wczoraj nie trenował (uraz stopy). Na powrót do składu Borussii czeka Jakub Błaszczykowski. Anonsowany wcześniej przez magazyn Kicker powrót do bramki Dortmund Romana Weidenfellera, ze względu na nową kontuzję, został przesunięty.

Bundesliga
Bayern Monachium v Borussia Dortmund

Data: 13.04.2008 17:00
Miejsce: Allianz-Arena

Sędzia główny: Merk, Dr. (Otterbach)
Asystenci: Anklam (Buchholz i.d. Nordheide), Thielert (Buchholz i.d. Nordheide)
Sędzia techniczny: Seemann (Essen)
Statystyki: Runda jesienna - 0:0. Bayern nie przegrał od sezonu 1991/92 (0:3) w kolejnych piętnastu meczach u siebie z Dortmundem. Wysokie zwycięstwa w 2000/01 (6:2) i 2004/05 (5:0). Najwyższe zwycięstwo w sezonie 1971/72 (11:1). Bilans spotkań: 23-9-6; Bramki: 91:38.

Składy:

Bayern Monachium
Kahn - Lell, Lucio, Demichelis, Lahm - Schweinsteiger, Ottl, Zé Roberto, Ribery - Klose, Toni

Trener: Hitzfeld

Borussia Dortmund
Marc Ziegler - Rukavina, Hummels, Wörns, Dede - Kehl - Kringe, Tinga - Federico - Frei, Petric

Trener: Doll

oraz

Finał DFB-Pokal
Borussia Dortmund v Bayern Monachium

Data: 19.04.2008 20:00
Miejsce: Olympiastadion (Berlin)

wtorek, 11 marca 2008

Co z tą Legią?

W 2004 roku po miesiącach przymiarek właścicielem jednego z najbardziej utytułowanych klubów w historii polskiego futbolu - Legii Warszawa - została Grupa ITI. Holding rozpoczął w stolicy długotrwały proces zmian, który miał przywrócić Legii blask w kraju, a następnie wprowadzić ją na europejskie salony. Niespełna 2 lata po przejęciu, Legia przerwała panowanie Wisły Kraków w Ekstraklasie i po czteroletniej przerwie odzyskała koronę mistrza Polski. Na awans do Ligi Mistrzów zespół był jeszcze za słaby, tak samo jak na obronę mistrzostwa. Sezon 2007/08 miał jednak potwierdzić, że był to tylko wypadek przy pracy, a sprawy podążają we właściwym kierunku. Po dobrym początku nowego trenera Jana Urbana, sprawy się jednak skomplikowały. Wyniki osiągane na boisku nie do końca pokrywały się z oczekiwaniami, a dodatkowo zarząd klubu wdał się w konflikt z kibicami, która to sprawa od miesięcy zatruwa atmosferę w klubie. Powrót ze zgrupowań w ciepłej Hiszpanii do ligowej rzeczywistości nie obył się bez zgrzytów. W minioną sobotę Legia poniosła sensacyjną porażkę ze zdegradowanym Zagłębiem Sosnowiec i o problemach wokół klubu znowu jest głośno. Więcej o bieżącej sytuacji w Legii postanowiłem dowiedzieć się od wieloletniego kibica Ukochanego Klubu Stolicy, współredaktora bloga Fotel Prezesa - Tuszasa. W rozmowie mówi otwarcie o popełnionych w klubie błędach, swoich obawach i nadziejach. Niektóre sprawy trudno zrozumieć nawet ludziom najmocniej wspierającym klub.

sportsmen: Kilkanaście dni temu dziennikarze i eksperci bez zastanowienia podawali Legię jako głównego kandydata do zdobycia wicemistrzostwa, kontrkandydatami byli Lech i Korona. Niektórzy przestrzegali, że zagrożona może czuć się nawet Wisła. Tymczasem trzy kolejki po wznowieniu rozgrywek Legia musi oglądać plecy Groclinu. Czy pomimo tego uważasz, że przewidywania fachowców sprawdzą się i w Warszawie będzie Puchar UEFA?

Tuszas: Pomimo złej gry Legii nadal wierzę w zdobycie miejsca gwarantującego udział w Pucharze UEFA. Jeśli chodzi o przyczyny tak słabej dyspozycji, to moim zdaniem, ktoś popełnił poważne błędy podczas okresu przygotowawczego. Piłkarze grają ociężale, bez odpowiedniej dynamiki i przyspieszenia. Stąd też po trzech kolejkach rundy wiosennej konto punktowe Legii powiększyło się zaledwie o 3 punkty.

Sugestie, że nie obyło się bez wpadek na polu przygotowań wydają się logiczne, ale jednak jesienny start za kadencji tego samego trenera był o niebo lepszy.

Racja. Właśnie to mnie zastanawia i w pewnym sensie irytuje. Jan Urban wykonał kawał dobrej roboty podczas letnich przygotowań. Legia na początku sezonu grała zaskakująco dobrze. Seria 7 zwycięstw z rzędu jest tego najlepszym potwierdzeniem. W zimie zostały popełnione błędy. Urban jest trenerem na dorobku, praca w Legii jest jego pierwszym doświadczeniem z dorosłą, poważną piłką. W Hiszpanii nie ma przerwy zimowej w rozgrywkach, dlatego też być może Urban nie do końca wiedział, jak należy przygotować Legię do rundy rewanżowej.

W Hiszpanii nie ma przerwy zimowej, być może Urban nie do końca wiedział, jak należy przygotować Legię do rundy rewanżowej

Po świetnej passie na początku sezonu przyszły jednak wahania formy, przez co Wisła po 17 kolejkach miała już znaczną przewagę nad drugim miejscem. Czy podobną zadyszkę jak Legia może złapać Groclin, który tak świetnie rozpoczął ligę w 2008 roku?

Całkiem możliwe. Powiem więcej, jestem pewien, że prędzej czy później Groclin spuści nieco z tonu. Jednak trzeba pamiętać, że Legia sama musi zacząć grać na miarę swoich możliwości. Przysłowie "umiesz liczyć, licz na siebie" idealnie pasuje do obecnej sytuacji. Rzeczą niedopuszczalną jest porażka z Zagłębiem Sosnowiec, drużyną, która zajmuje ostatnie miejsce w lidze.

Czy uważasz, że decyzje personalne trenera są słuszne? Do składu wskoczył wreszcie Jakub Wawrzyniak, zauważony przez Beenhakkera, ale to nie pomogło i Legia poniosła niewytłumaczalną kleskę w Sosnowcu.

Co do decyzji personalnych, to wolę się nie wypowiadać. Nie czuję się wystarczająco kompetentny, aby doradzać Janowi Urbanowi. Tomek Kiełbowicz zawalił bramkę w meczu z Grodziskiem. W Sosnowcu z kolei, nie popisał się Wawrzyniak. Urban wyraźnie większym zaufaniem darzy Kiełbowicza, który miał fenomenalną rundę jesienną.

Czy Legia ma w takim razie wystarczająco mocną kadrę, patrząc na cele, które sobie stawia?

Moim zdaniem, nie. Osoby odpowiedzialne za transfery w Legii przespały zimową sesję transferową. Na ostatnią chwilę kupiono Hiszpana "Balbino" i Osei'a, którego nikt jeszcze przy Łazienkowskiej nie widział. Mirosław Trzeciak tłumaczył, iż Legia dokonała 10 zakupów w przerwie letniej i nie wolno co pół roku robić rewolucji w drużynie. Transfery były robione na szybko i niestety najpewniej nowi piłkarze nie będą realnym wzmocnieniem Legii. Urban był bardzo rozczarowany postawą "Balbino" podczas meczu w ramach rozgrywek Młodej Ekstraklasy.

Jako uzupełnienie składu po kontuzji Choto sprowadzono 20-letniego Booysena z RPA, który zniknął tak samo szybko jak się pojawił. Czy słusznie zignorowano zimowe okienko czekając do lata, a może ta decyzja będzie Legię drogo kosztowała?

Źle się stało, że Legia nie kupiła nikogo wartościowego podczas zimowej przerwy transferowej. Kadra zespołu jest za wąska. Jest wielu młodych piłkarzy, co mnie niezmiernie cieszy. Niestety, legijna młodzież, mimo sporego talentu, nie ma się od kogo uczyć. Mam nadzieję, że Legia mimo braku wzmocnień zajmie drugie miejsce w tabeli.

Jak wygląda sytuacja finansowa Legii? ITI to wielki koncern medialny, sponsor wcale nie mniej prestiżowy niż Telefonika Bogusława Cupiała w Wiśle. A jednak to Wisła upolowała w styczniu i lutym wszystkie smakowite kąski.

Mirosław Trzeciak mówił wyraźnie, że w zimie na transfery miał zaledwie 0,5 mln €. Bądźmy szczerzy, za takie pieniądze nie da się kupić piłkarza, który będzie realnym wzmocnieniem. Wisła dokonała głośnych zakupów z myślą o zbliżających się eliminacjach do Ligi Mistrzów. Czas pokaże, czy ta inwestycja im się opłaci.

Głośne protesty kibiców jesienią - czy to już koniec? Czy ITI po wczesnej euforii nie stało się teraz wraz z władzami klubu głównym wrogiem kibiców?

Konflikt na linii zarząd-kibice jest bardzo skomplikowany. Władze ITI są regularnie obrażane podczas spotkań zarówno przy Łazienkowskiej jak i na wyjazdach. Z pewnością nie wpływa to na poprawę relacji na linii SKLW-zarząd. Nie chcę zapeszać, ale wydaje mi się, że przy Łazienkowskiej już nigdy nie będzie normalnie pod względem kibicowskim (przynajmniej w tym składzie).

Wydaje mi się, że przy Łazienkowskiej już nigdy nie będzie normalnie pod względem kibicowskim

W związku z akcją zorganizowanych grup kibiców zarząd groził przez pewien czas wyburzeniem trybuny otwartej już na wiosnę. Czy były to tylko nieudolne próby przestraszenia fanów i nowy stadion powstanie w bardziej kulturalnych okolicznościach? I kiedy powstanie? Bo sprawa przetargu ciągnie się już bardzo długo.

O nowym stadionie przy Łazienkowskiej słyszę regularnie od 2003 roku. Mocno wierzę, że tym razem się uda. Warszawa - stolica Polski - zasługuje na duży, nowoczesny stadion. Co do wyburzania "Żylety" to myślę, że to nie były "nieudolne próby przestraszenia kibiców". Prezes Legii, Leszek Miklas obiecywał po zakończeniu rundy jesiennej, że kwestia konfliktu z kibicami zostanie rozwiązana. Chyba właśnie przez zburzenie "Żylety" miał na myśli "zakończenie konfliktu", który nadal ma się "dobrze".

Co sądzisz o sytuacji Marcina Burkhardta? Dostał pozwolenie na testy, zaakceptowany przez Szwedów, a musi wracać. Nie sprawiał wrażenia zadowolonego z przebiegu wydarzeń.

Sytuacja Burkhardta jest idealnym przykładem na to, jak nieudolnie zarządzana jest Legia. Najpierw piłkarz dostaje pozwolenie na poszukiwanie nowego zespołu, a później jest zmuszony wracać na Łazienkowską. Niepojęte, nieprawdaż?

Kolejny ciekawy przypadek. Kamil Grosicki - zawodnik, który ma potencjał. Leo Beenhakker rzadko się myli w takich sprawach. Tymczasem Legia była dla niego schronieniem w najgorszym momencie kariery, kiedy przyszły kłopoty w życiu prywatnym. Mówi się o nowym rozdziale w życiu tego zawodnika, a zostaje oddany do Szwajcarii. Decyzja przemyślana czy nie?

Przypadek Grosickiego był specyficzny. Jak wszyscy dobrze wiemy, Kamil miał problemy z uzależnieniami. Transfer do FC Sion pozwolił mu na spłatę długów. W Legii musiałby jeszcze długo grać, żeby pozbyć się wszystkich wierzycieli. Nie życzę Kamilowi źle, ale myślę, że po zakończeniu wypożyczenia "Grosik" wróci do Legii.

Na 3 miesiące przez Euro pojawił się temat: "Roger Guerreiro gra dla Polski". Beenhakker cały czas powtarza, że kilku graczy z naszej ligi ma nadal szansę na wyjazd do Austrii. Kto może odnieść korzyści z tego powołania? Reprezentacja? Legia? Roger? Może wszyscy? Dotąd jedynym "zagranicznym Polakiem" w reprezentacji był Olisadebe, ale sytuacja była inna, bo swoimi bramkami przyczynił się do awansu i miejsce na turniej dostał niejako z urzędu.

Roger Guerreiro na tę chwilę nie prezentuje wystarczająco wysokiej formy, aby brać go pod uwagę w kontekście powołań na EURO. Poza tym, osobiście nie jestem zwolennikiem naturalizowania obcokrajowców. Nie chcę wyjść na osobę konserwatywną, ale w reprezentacji powinni grać tylko Polacy.

Roger Guerreiro na tę chwilę nie prezentuje wystarczająco wysokiej formy, aby brać go pod uwagę w kontekście powołań na EURO

Linia ataku klubu ze stolicy: do poprawki? Bartłomiej Grzelak był gwiazdą Widzewa w II lidze, kiedy wyleczył kontuzję wyróżniał się również w Ekstraklasie, a w Legii strzela bardzo rzadko. Obudził się Takesure Chinyama, ale czy można opierać grę ofensywną przez cały sezon na jednym zawodniku?

Grzelak jest moim osobistym rozczarowaniem. Wiązałem z nim spore nadzieje. W Widzewie był wyróżniającym się graczem, a w Legii jakoś nie potrafi się odnaleźć. Jest nieakceptowany przez większość kibiców, słabo z jego psychiką. Chinyama dzielnie walczy z dwoma wiślakami o koronę króla strzelców. Na dzień dzisiejszy wśród legionistów na wysokim poziomie gra tylko Chinyama.

W temacie Ransforda Osei. Zawodnik zdolny, materiał na gwiazdę, ale jego transfer do Legii to historia jeszcze ciekawsza niż saga Łukasza Garguły. Kto go sprowadził? Bo wygląda na to, że to Legia jest bardziej potrzebna Ghanijczykowi niż Ghanijczyk Legii.

Mirosław Trzeciak sprowadził Ransforda Osei tylko po to, żeby zawodolić zniecierpliwionych kibiców. Opinia być może krzywdząca, ale wszystko wskazuje na to, że tak było. Osei ma problemy z otrzymaniem wizy, gdyż przepisy FIFA utrudniają mu przeprowadzkę do Warszawy. I znów ta nieudolność zarządu...

wtorek, 26 lutego 2008

Zdyskwalifikować? A może rozstrzelać?

Kontuzja Eduardo odniesiona w sobotnim meczu angielskiej Premier League pomiędzy Birmingham i Arsenalem okazała się wdzięczną pożywką dla dziennikarzy z wielu krajów. Najbardziej sytuacja z drugiej minuty meczu zainteresowała, rzecz jasna, kibiców w Anglii i Chorwacji, ale i w Polsce pisało i pisze się o zdarzeniu wiele. Faktem jest, że na boisku kontuzje zdarzają się w miarę często, ale rzadziej bywają tak "efektowne".

Ten blog nie ma ambicji zbawiania świata, ale też staram się przedstawić na nim futbol w ujęciu trochę szerszym niż polskie i angielskie gazety i serwisy internetowe. Tym razem nie udało mi się jednak uniknąć tematu, głównie ze względu na bzdury, które docierają z różnych stron. Wybuch histerii zapoczątkował Arsene Wenger, który w pomeczowym wywiadzie stwierdził, że Martin Taylor powinien za swoje wykroczenie być dożywotnio usunięty z futbolu. Menedżera Arsenalu można jednak zrozumieć. Jego opinia była bardzo emocjonalna, nieprzemyślana, co potwierdził wieczornym oświadczeniem, w którym złagodził stanowisko. W ankiecie chorwackiego dziennika Večernji list początkowa opinia Wengera znalazła jednak oparcie. Aż 40% głosujących stwierdziło, że Taylor z boisk powinien zniknąć raz na zawsze. Ale dla nich też można znaleźć wytłumaczenie - to najbardziej poszkodowana grupa kibiców oprócz sympatyków Kanonierów. Może nawet najbardziej, bo w klubie, gdzie gra się co tydzień łatwiej znaleźć zastępców niż na poziomie reprezentacyjnym, kiedy do EURO pozostało trzy i pół miesiąca i najwyżej kilka meczów towarzyskich.

Oczywiście, najbardziej poszkodowany w starciu jest sam Eduardo, który będzie pauzował, według różnych źródeł, od 9 do 12 miesięcy. Ważniejsze jest jednak pytanie, czy Martin Taylor jest prawdziwym winowajcą? Prawda, po jego wślizgu doszło do nieszczęśliwego zdarzenia. I to właśnie słowo-klucz "nieszczęśliwe" wskazuje na właściwy odbiór zjawiska. W Sportowym wieczorze TVP napastnik Polonii Warszawa Radosław Gilewicz i były obrońca Legii Warszawa i reprezentacji Polski Marek Jóźwiak twierdzili uparcie, że wślizg był brutalny (czyli został wykonany w celu dokonania uszczerbku na zdrowiu Eduardo). Nic z tych rzeczy. Mam poważne wątpliwości, czy Martin Taylor zasłużył sobie nawet na czerwoną kartkę. Sędzia prawdopodobnie podjął decyzję dopiero po tym, gdy się przekonał, jakie były skutki zagrania. Inna sprawa, że jeśli obrońca pozostałby na boisku z żółtą kartką, nie byłby raczej w stanie kontynuować grę. Taylor wyglądał na tak samo zaskoczonego przebiegiem sytuacji jak inni gracze. Jeżeli naprawdę chciał wyrządzić przeciwnikowi krzywdę, a przed kamerami zareagował w ten sposób, to w sobotnie popołudnie nie powinien wybiec na murawę St Andrew's w Birmingham, tylko szykować mowę dziękczynną przed niedzielnym rozdaniem statuetek Oskara w Kodak Theatre w Hollywood.

Wracając do wypowiedzi kibiców. Przeglądając fora internetowe, głosów o solidną karę dla Taylora było więcej. Tutaj uspokoili mnie jednak panowie Gilewicz i Jóźwiak, którzy stwierdzili, że faul jest faulem i Eduardo nie powinien się spotykać się ze sprawcą w sądzie. Stworzyłoby to niebezpieczny precedens, po którym obrońcy obawialiby się, czy zaatakować rywala czy też lepiej pozostawić go w spokoju i uniknąć grzywny lub aresztu (sic!). Wszystko się zgadza, tylko dlaczego przyszedł komuś do głowy pomysł o wytaczanie procesu? Jak zauważył słusznie Martin Lipton z Daily Mirror w felietonie dla Przeglądu Sportowego, inna sprawa, kiedy przeciwnik zostanie uderzony celowo, bez piłki. Do kryminału w takim razie pasuje już lepiej osławione starcie Zidane'a z Materazzim, które zakończyło się jednak polubownie.

Jeżeli jesteśmy już przy Materazzim, to na surowe kary zasługują właśnie gracze jego pokroju. W internecie np. na serwisie YouTube po wpisaniu nazwiska piłkarza Interu Mediolan i reprezentacji Włoch można znaleźć równie dużo ważnych, nietypowych bramek (nie zawsze dla swojej drużyny) jak i skandalicznych, złośliwych faulów. Marco Materazzi nie jest przypadkiem odosobnionym. W ramach rozgrywek Premier League dochodzi co 2-3 tygodnie do zagrania, które powinno być surowo ukarane. Mowa o atakach, które potencjalnie mogą wyrządzić rywalowi krzywdę gorszą niż złamanie, ale szczęśliwie do tego nie dochodzi. Mało tego, nawet oprawca potrafi uniknąć konsekwencji swojego nieodpowiedzialnego zachowania. Ilustracją tego typu sytuacji z ostatnich tygodni jest wejście Robertha Hutha korkiem prosto w brzuch Michaela Bouldinga w meczu Pucharu Anglii Mansfield - Middlesbrough. Wyglądało fatalnie, skończyło się na zółtej kartce. Ze względu na niskie zainteresowanie meczem, incydent w mediach praktycznie przemilczano. A do takich zdarzeń dochodzi częściej. Jednym z najgłośniejszych w Anglii był atak Roya Keane'a na Alfa Inge Haalanda w derbach Manchesteru w kwietniu 2001. W autobiografii wydanej w 2002 roku Keane przyznał, że uczynił to z premedytacją. Był to rewanż za atak Haalanda w 1997 roku. Kara? 5 meczów zawieszenia i 150 tysięcy funtów grzywny.



W tym świetle nic dziwnego, że Martinowi Taylorowi grozi zawieszenie na trzy mecze i nic więcej. Organy futbolu i nie tylko futbolu rozróżniają przypadki ataku celowego i niezamierzonego. Wydaje się oczywiste, że zawodnika nie można oceniać tylko przez pryzmat skutków jego działań. Tym bardziej, że sprowadzony przez Steve'a Bruce'a z Blackburn obrońca miał dotąd czystą kartotekę. A nawoływania niektórych kibiców do dyskwalifikacji, w sensie formalnym niewiele różnią się od olbrzymiej fali krytyki, która spadła na Andrésa Escobara po jego golu samobójczym w Mistrzostwach Świata 1994 w USA. Różnica polega na tym, że sprawa Taylora z pewnością zniknie w ciągu kilku dni z czołówek gazet, w przypadku Kolumbijczyka skończyło się na zabójstwie w niejasnych okolicznościach. Nawet wśród piłkarskich kibiców ważne jest czasami chłodne spojrzenie, dystans, brak emocji.

wtorek, 12 lutego 2008

Ostateczna rozprawa z Niezbędnym Rezerwowym

Jerzy Dudek udzielił Gazecie Wyborczej wywiadu, który mnie poruszył. Nie, Jurek nie opowiadał w nim o swojej niedoli w Madrycie (przynajmniej nie wspominał o niej w co drugim zdaniu). W spokoju zostawił nawet trenera Beniteza, który próbował zniszczyć go w Liverpoolu. Łatwo się domyślić, że tym razem nie wzbudził we mnie współczucia. Ba, nie wzbudzał go nawet podczas mrocznego epizodu w Anglii, kiedy odbierał skromne kilkadziesiąt tysięcy funtów tygodniowo za trenowanie z pierwszym zespołem. Ale nie dlatego, że go nie lubię, bo to sympatyczny człowiek (tak przynajmniej prezentuje się w telewizji). Po prostu lubi znajdować się w centrum zainteresowania. Dąży do tego poprzez częste udzielanie wypowiedzi dla mediów. Z niektórymi z nich nie wypada się zgodzić. Wywiad dla Gazety dostarczył mi przynajmniej trzy argumenty na potwierdzenie tezy.

1.

Pana zdanie o Tomaszu Kuszczaku.

Bardzo dobry na linii, pewny, zwinny. Ale proszę policzyć, ile razy i gdzie on był numerem 1? Ile meczów zagrał w podstawowej jedenastce? Wyjdzie mało. Żeby nie było - też jestem w najlepszym klubie świata, ale czy z tego powodu mam prawo myśleć o wyjeździe na Euro? W tym momencie - nie.

W dalszych zdaniach Dudek mówi o pozostałych bramkarzach typowanych do wyjazdu na Euro, ale na końcu jeszcze raz wspomina o swoim ulubieńcu:

Z punktu widzenia Tomka to przykre [że jest poza trójką w kadrze - przyp. sportsmen], bo grając w wielkim klubie, można myśleć, że coś należy się z urzędu.

Dudek potraktował pytanie redaktora najwyraźniej bardzo poważnie, bo o Kuszczaku faktycznie było "zdanie". Resztę odbieram jako próbę samousprawiedliwienia. Pytanie o to, "ile razy i gdzie był numerem 1" zadaje człowiek, który oprócz naprawdę nielicznych przypadków ostatnie 2,5 roku przesiedział na ławce rezerwowych. I wprawdzie w wywiadzie samokrytycznie stwierdza, że miejsce w kadrze mu się obecnie nie należy, ale kiedy Beenhakker powołał i wystawił go, mimo kłopotów w klubie, w meczu z Finlandią na początku eliminacji nie miał do nikogo pretensji. Kuszczak faktycznie nie gra tak często jak tego oczekuje, ale tylko w bieżącym sezonie bronił w tylu meczach, w ilu Dudek nie dostał okazji od maja 2005. Ponadto bramkarz Realu porównuje się do Kuszczaka, chociaż nie ma do tego moralnego prawa. Obu piłkarzy łączy wyłącznie przynależność do wielkich klubów. Dzieli ich faza rozwoju kariery i rola w zespole. Kuszczak powoli pnie się po drabinie w górę - Ferguson coraz częściej liczy właśnie na niego, Dudek z niej spadł - odgrywa rolę rezerwowego i liczy na anioła stróża, który wniesie go z powrotem na górę bez korzystania z drabiny. Ostatnie zdanie to prawdziwa eksplozja żalu. "Wielki klub" i "należność z urzędu" - czy to nie słowa, które przypominają sytuację Dudka przed mundialem w Niemczech? Sposób, w jaki sprawę załatwił Paweł Janas był oczywiście nieelegancki, wręcz najgorszy z możliwych, ale Dudek zarzucił selekcjonerowi, że o jego wyborze nie zadecydowały względy sportowe. Moim zdaniem o decyzji takiego formatu mogły zadecydować TYLKO względy sportowe (i prawdopodobnie zadecydowały). Nie jestem psychologiem, ale w wypowiedziach Jurka wyczuwam nutkę zazdrości. Zdobył on w swojej karierze wiele trofeów, tytułów, których nikt mu nie odbierze. Ale może właśnie w Kuszczaku widzi zagrożenie (tzn. osobę, która nieco przyćmi jego legendę)? W odpowiedzi na inne pytanie twierdzi, że Tomek nie jest w stanie (przez swoją nadmierną ambicję) zepsuć atmosfery w kadrze. Ale czy deprocjonowanie czyjegoś wpływu nawet w takim aspekcie nie jest sposobem na pomniejszanie ogólnej przydatności Kuszczaka dla kadry? Jako bramkarza nr 2 w reprezentacji Dudek wytypował Wojciecha Kowalskiego.

Jurku, jeżeli czytasz te słowa, odpowiedz: Ile razy i gdzie on był numerem 1?

2.

Zapytaliśmy niedawno selekcjonera o polskich bramkarzy. O panu, Borucu, Kowalewskim i Fabiańskim mówił sporo. O Kuszczaku - jedno zdanie...

W naszej kadrze, i to na każdej pozycji, nie ma ludzi niezastąpionych. Jeśli niezastąpieni w ogóle są, to może w Realu. Na poziomie naszej kadry - nie ma. No, chyba, że wypadnie sześciu, wtedy jest problem. Jeśli jeden-dwóch - nie ma znaczenia. To się tyczy również bramkarzy. Jakieś podłoże tych słów Beenhakkera musi jednak być. Tomek nie ma szans być numerem 1.

Zacznę od końca, bo tutaj się akurat z Jurkiem zgadzam. Artur Boruc zbyt długo przygotowywany jest do głównej roli, żeby teraz odesłać go na drugi plan. Zresztą swoją grą nie daje ku temu podstaw. Co do kwestii ludzi niezastąpionych, można patrzeć szerzej. Bo z jednej strony po Olisadebe ciężar strzelania bramek wzięli na siebie Żurawski i Frankowski, a następnie "pojawił się" Smolarek. Tylko, że zastępców dla Krzynówka i Bąka nie znaleźliśmy. Są to gracze, którzy w kadrze trzymają poziom gry i ciężko znaleźć ważne zwycięstwo w ostatnich latach, do którego doszliśmy bez ich udziału. Załóżmy, że to z nich składa się ten tajemniczy "jeden-dwóch"... Ale tutaj też widzę usprawiedliwienie - "nikt nie jest niezastąpiony, nawet ja". No i oczywiście: gdzie mogą być niezastąpieni? Tylko i wyłącznie w Realu (ewentualnie przed rokiem w Liverpoolu). Przy okazji chciałem podziękować Leo Beenhakkerowi za wypowiedź i redaktorom "Gazety" za dociekliwość. Z kilku słów selekcjonera potrafili "wyczarować" serię artykułów na temat obsady bramki na Euro.

3.

Odejdzie pan w czerwcu z Madrytu?

Przyszłość rysuje się tak różowo, że chyba zostanę na kilka lat.

Sprzedają Casillasa?

Nie. Chcą mu zaproponować kontrakt dożywotni. [...] Przyjechałem do Madrytu po naukę. Uczę się wielkiego klubu, chłonę piłkarski Hollywood od środka. Zimą miałem świetną ofertę, nie powiem skąd. Real nie chciał jednak słyszeć o transferze czy wypożyczeniu. Może dlatego trener Beenhakker w ogóle o mnie wspomniał, bo w Europie wciąż mnie cenią? Niegranie w piłkę mnie nie cieszy, ale przyszłość zapowiada się dobrze.

Nie ma tutaj potrzeby, żebym wyrażał własną opinię. Po prostu przypomnę, ile czasu bohater tego tekstu narzekał na "grzanie" ławki rezerwowych w Liverpoolu i to, że po wygaśnięciu kontraktu z klubem z Merseyside udał się do Realu, gdzie Casillas ma jeszcze mocniejszą pozycję niż Reina w poprzednim klubie. Warta wzmianki jest także wypowiedź dla hiszpańskiej Marki z 5 grudnia 2007:

Gdybym miał 26, to nigdy bym nie odszedł z Realu Madryt, ale sporo się zmieniło od czasu kiedy Polska awansowała pierwszy raz do finałów Mistrzostw Europy. Dostałem jasne zadanie od trenera Beenhakkera. Jeżeli chcę grać na Euro 2008 muszę znaleźć klub.

Od siebie dodam tylko, że chciałbym, żeby Jurek tak samo szczerze jak o Tomku Kuszczaku, wypowiadał się o swoich planach. Ciągle słyszymy o jego ambicji, chęci gry, a jak jest każdy widzi. Kiedy dostał okazję na zmianę sytuacji, najzwyczajniej w świecie ją zignorował. I wierzę mu, że zimą dostał świetną ofertę, ale jeszcze bardziej przemawiają do mnie słowa, że zostanie w Realu. Pomimo, że nie mam wpływu na jego decyzję, to jestem pewien, że jeżeli otrzyma ofertę przedłużenia kontraktu (i bycia rezerwowym) z Realu i ofertę gry w przeciętnym klubie europejskim, to bez mrugnięcia okiem wybierze pierwszą opcję. I po raz kolejny dowiemy się, że Dudek nie chce wcale spokojnego życia w ciepłym kraju, tylko "Real go potrzebuje". I pozostaje wierzyć, że tak jest rzeczywiście, bo niestety, ale golkiperem numer 1 w mocnej ekipie Dudek już nie będzie.

Na koniec: pomimo rzekomych zgrzytów na linii Beenhakker-Kuszczak, będę ostatnią osobą, która się zdziwi, kiedy bramkarz United będzie pakował walizkę przed rozpoczęciem Euro. Ambicja naprawdę nie jest największą wadą zawodowego piłkarza. I wcale nie przeszkadza mi, że inne zdanie w tej materii prezentuje Jurek.

środa, 6 lutego 2008

6 lutego 1958, 16:04
















50 lat temu w katastrofie lotniczej w pobliżu Monachium zginęły 23 osoby. Wśród nich ośmiu piłkarzy Manchesteru United. Dzisiaj hołd ofiarom oddają ocaleni, kibice i piłkarze na Old Trafford, ludzie zgromadzeni na stadionie Wembley podczas meczu Anglia - Szwajcaria, młodzi adepci Bayernu Monachium w miejscu katastrofy i cały świat futbolu.

czwartek, 24 stycznia 2008

Plujący kapitan


El Hadji Diouf zagrał wczoraj 90 minut jako kapitan reprezentacji Senegalu w meczu Pucharu Narodów Afryki przeciwko Tunezji. Co jest w tym wydarzeniu wartego uwagi? Bezpośrednio nic, ale łańcuch zdarzeń, który doprowadził do tego prostego faktu jest długi i barwny jak anielski włos na choince w czasie świąt Bożego Narodzenia. Nie tylko wyróżnia się wśród innych ciągów (bombek i cukierków), ale jest w nim tyle zwrotów akcji, ile w skarpecie prezentów, a oplata karierę zawodnika niczym rzeczona ozdoba również rzeczone drzewo.

Piłkarski świat poznał napastnika z Dakaru podczas Mistrzostw Świata w 2002 roku. Wcześniej znali go kibice we Francji. Reprezentacja Senegalu była sensacją turnieju. W meczu otwarcia rozprawiła się z broniącymi tytułu Francuzami, a swój udział w azjatyckim czempionacie zakończyła dopiero na ćwierćfinale. Diouf wyróżniał się, a błysk szczególnie przykuł uwagę Liverpoolu. Po wpłacie 10 mln funtów na konto RC Lens, Diouf przeniósł się do Anglii. Był to głośny transfer. Od tego czasu przeciętni kibice mogliby zdążyć zapomnieć o zawodniku z Senegalu. Diouf w Liverpoolu się nie sprawdził, oczekiwano od niego wyższego poziomu gry. Innymi słowy: zginął w ogromie talentów Premier League. Kibice jednak nie zapomnieli. Diouf im na to nie pozwolił. Wygląda na to, że jest piłkarzem zapobiegliwym i aby móc swobodnie zredagować po zakończeniu kariery swoją autobiografię, postanowił zawczasu zadbać o fabułę dzieła. O wątek główny zadbał nie tylko piłkarz (podczas mundialu w Azji), ale i jego menedżer (po mundialu). O wątki poboczne zadbał już sam El Hadji. Postawił na gatunek sensacyjny. Każdy epizod, wliczając konsekwencje, może być dobrym materiałem na nowelę lub opowiadanie.

Ale zaczęło się od... science-fiction. Bo oto we wrześniu 2002 roku El Hadji Ousseynou Diouf zniknął. Został powołany do udziału w zgrupowaniu reprezentacji Senegalu i wyjechał z Anglii. Tutaj kończą się fakty, a domysły zaczynają budować napięcie. A czyż suspens nie jest tym elementem literatury, który sprzedaje miliony egzemplarzy książek? W 2002 roku klub zawodnika twierdził, że Diouf udał się do Senegalu, żeby zobaczyć się z ojczymem, który umiera na raka. Fani wyłowili go wśród gości restauracji w Dakarze, wygwizdali i zmusili do opuszczenia lokalu. Nasz główny bohater znalazł dla siebie wytłumaczenie: Nie powinienem był być powołany. Gram ostatnio za dużo. Muszę myśleć o klubie. Miejscowa gazeta przebiła wszystkie inne źródła. Według jej informacji, piłkarz spieszył do domu, aby wziąć udział w uroczystościach religijnych. Ten fragment autobiografii może być efektowny. Nikt nie gwarantuje, że czytelnicy poznają prawdę, ale można liczyć na jeszcze bardziej nieprawdopodobną wersję wydarzeń, co nada książce szlif humorystyczny.

Mijają 2 miesiące, przychodzi ochłodzenie. Nie tylko na dworze jest chłodniej, ale i Diouf nie dogaduje się dobrze z trenerem. Mecz z West Ham spędza na ławce rezerwowych. Po meczu klub znowu wydaje oświadczenie w sprawie zawodnika: Diouf nie opluł ani nie plunął w kierunku fanów West Ham. Grupa kibiców z Londynu przeżyła niezwykłe chwile. Ulegli hipnozie, plunięcia nie było. Działacze byli przekonani o niewinności Senegalczyka do tego stopnia, że według niepotwierdzonych informacji zamierzano wydać kolejne oświadczenie: Klub Liverpool FC kategorycznie zaprzecza, że organizm El-Hadji Ousseynou Dioufa wytwarza ślinę. Autobiografia nabiera rumieńców: pojawia się wątek kryminalny, zjawisko paranormalne oraz problem zbrodni i kary.

Minął kolejny miesiąc, opublikowane zostały wyniki dochodzenia policyjnego. Liverpool nadal twierdził, że fanom West Ham wszystko się wydawało, ale przyznał (pośrednio), że organizm Dioufa jednak produkuję ślinę. Policja po miesiącu badań umorzyła śledztwo. Zabrakło dowodu (zapadł się pod ziemię?). Jak dotąd, zło nie zostało ukarane. Czy dobro ostatecznie zwycięży?

Ale kto tutaj jest dobrym, a kto złym? Kolejna dobra cecha powieści - wielowymiarowość postaci. A najlepszym jej odzwierciedleniem będzie wydarzenie z marca 2003 roku. Diouf był grzeczny jak aniołek przez całe 4 miesiące. Podczas meczu Pucharu UEFA nie wytrzymał jednak i opluł na Celtic Park jednego z kibiców gospodarzy zasiadających w pierwszym rzędzie. Po meczu skarżył się, że fan klepał go po głowie, na co zapewne nie pozwoliłby sobie poza stadionem. Celtic za zachowanie kibiców został ukarany grzywną 2300 funtów, Dioufa zawieszono na 2 mecze i pozbawiono dwóch "tygodniówek". Czy to powstrzyma krewkiego Afrykańczyka od uczestniczenia w podobnych incydentach w przyszłości? (Znowu kryminał pełną gębą - zamiast powracającego mordercy lub gwałciciela, mamy nieokiełznanego śliniacza).

Oprócz kilku spotkań w sądzie w sprawie wydarzenia z Glasgow, Diouf zmienił się nie do poznania (na prawie pełny rok kalendarzowy). W klubie prawie zapomnieli o jego przeszłości. Ale tylko dlatego, że Senegalczyk postanowił rozwinąć wątek reprezentacyjny. Jako statystów w epizodach na Czarnym Lądzie upodobał sobie Tunezyjczyków. To oni byli świadkami niezadowolenia El Hadjiego z przebiegu ćwierćfinałowego spotkania Pucharu Narodów Afryki. Złość Dioufa musiała gdzieś znaleźć swoje ujście. Nie była to jednak ziemia, słupek bramki, ani nawet przeciwnik. Piłkarz zaprezentował bezpośredniość i łatwość w nawiązywaniu kontaktów i wyjawił sędziemu spotkania (Ali Bujsaim) całą prawdę. Prawda nie spodobała się nie tylko sędziemu, ale i oficjelom z CAF, którzy nałożyli na piłkarza czteromeczową karę zawieszenia. Potencjalna książka Dioufa zyskuje cechy Biblii - Diouf cierpi za wszystkie grzechy (martyrologia).

Pomimo, że ostatnia przygoda nie dotknęła w sposób bezpośredni Liverpoolu, to nowy menedżer angielskiego klubu Rafael Benitez podjął decyzję o wypożyczeniu, a następnie sprzedaży Dioufa do Boltonu (motyw wygnania). Był to istotny moment w karierze piłkarza, ale nie na tyle istotny, żeby nie można go było podkreślić jeszcze mocniej. Po kolejnym "śliskim" problemie (tym razem opluty poczuł się fan Middlesbrough), przed świtem w niedzielę 30 października 2005 bohater został zatrzymany przez policję drogową. Fanów talentu Dioufa raczej zdziwić nie mógł wynik zdarzenia. Kontrola wykryła obecność alkoholu w organiźmie kierowcy. Wprawdzie wcześniej Senegalczykowi ten problem był obcy, ale jeszcze we Francji zdarzyło mu się wjechać w inny samochód. Pech sprawił, że kierowca tamtym razem nie miał prawa jazdy. Byłem wtedy głupi i niedojrzały - mówił w wywiadzie i zapewne wiedział, że popełnianie wykroczeń będzie jeszcze bardziej kuszące dla wydawnictwa, jeżeli po każdym incydencie pechowiec wyrazi skruchę.

Przygoda z fanem Middlesbrough (11-latek z tupetem) skończyła się w sądzie. Diouf wprawdzie plunął, ale kibic po prostu znajdował się w złym miejscu w niewłaściwym czasie, bo intencją Dioufa było po prostu wypróżnienie jamy ustnej, nie chciał nikomu zrobić krzywdy. Zawartość jamy ustnej stanowiła tym razem woda, co może wyjaśniać wcześniejsze obawy Liverpoolu o niewydolność ślinotokową zawodnika. Sąd uznał tłumaczenia oskarżonego, który za zdarzenie zapłacił w sumie 1 000 funtów (przy tygodniówce 40 000).

Za wcześniej wspomniane wykroczenie drogowe, nasz bohater został pozbawiony prawa jazdy na 12 miesięcy. Diouf postanowił jednak zadbać również o czytelników, którzy poszukują mocniejszych wrażeń. Prawdopodobnie nie chciał być posądzony o dyskryminowanie sądów senegalskich i także tamtejszym prokuratorom dostarczył materiałów do pracy. W nocnym klubie w Dakarze rzekomo uderzył byłą żonę kolegi z drużyny Khalilou Fadigi. Oskarżyciele stwierdzili, że ten skok w bok bez problemu wystarczy na karę 6-miesięcznego pozbawienia wolności.

Sąd nie zdążył jeszcze zastanowić się nad wyrokiem, a piłkarz już ruszył z powrotem do Anglii. Tam w ramach projektu "wyrównywania rachunków" zaatakował (lub nie) własną żonę. Nie zostało to potwierdzone, bo po kilku dniach został zwolniony z aresztu. Równowagi Diouf szukał również w materiałach do książki. Natłok wątków osobistych nie był tutaj wskazany, więc 8 października 2007 roku w wywiadzie dla stacji radiowej w rodzimym kraju stwierdził, że w wieku 26 lat postanowił zakończyć karierę reprezentacyjną. Podkreślił, że nie sądzi, iż zmieni zdanie. Punktem wyjścia do streszczenia ostatnich 4,5 roku z życia reprezentanta Lwów Terangi był jednak mecz przeciwko Tunezji, w barwach Senegalu. Jak to możliwe? 2 dni po ogłoszeniu decyzji o rezygnacji, Diouf został uwzględniony przez Henryka Kasperczaka w kadrze na towarzyski mecz z Gwineą. Co na to Diouf? Oczywiście nie robił problemów. El Hadji po raz kolejny zademonstrował, że jest człowiekiem czynów, nie słów. I wykorzystał w sposób mistrzowski motyw "odejścia i powrotu".

W wywiadzie dla magazynu "Tempo" (18 stycznia 2008) powiedział:

Trener wsadził mnie na konia. Teraz nie mogę sobie pozwolić na żadne numery. W końcu jestem kapitanem.

Kasperczak podjął, na pierwszy rzut oka, dziwną decyzję. Nie rozumiałem jej. Żeby przekonać się co do jej słuszności, wystarczyło mi jednak obejrzenie 45 minut wczorajszego meczu. El Hadji Diouf jako kapitan gra zupełnie inaczej niż mnie do tego przyzwyczaił. W większości meczów, w których go obserwowałem, niespecjalnie lubił rozstawać się z piłką. Tutaj walczył dla drużyny. Było to widoczne na każdym kroku. Senegal zremisował, chociaż po asyście Dioufa i bramce Kamary prowadził 2:1. Może się wydawać, że Kasperczak skutecznie usidlił krnąbrnego napastnika. W takiej formie i przy takim podejściu do gry Diouf może być gwiazdą turnieju. Niepokój budzi tylko fakt, że El Hadji już przez 3,5 miesiąca zachowuje spokój. Najwyższa pora na zwrot akcji. Jego dotychczasowe "osiągnięcia" wskazują, że bliżej mu do reżysera filmowego niż reżysera gry. 27 rok życia to dobry czas na wybór drogi życia. Decyzja wydaje się oczywista. Taki kapitał na bestseller nie powinien się zmarnować. A Hadji pewnie ma jeszcze coś w zanadrzu, prawda?