czwartek, 17 lipca 2008

Od niepowodzenia do porażki

Ostatnie lata polskich drużyn na arenie europejskiej były pasmem niepowodzeń. O tym dobrze wie każdy kibic, a reszta narodu niespecjalnie zainteresowana rozgrywkami innymi niż Mistrzostwa Świata albo EURO (koniecznie z udziałem reprezentacji Polski) domyśla się. Właściwie nad stanem polskiego futbolu, myśli szkoleniowej, systemu szkolenia, baju-baju etc. nie trzeba się zastanawiać, bo w każdej gazecie mamy gotowy raport: gorzej być nie może, ale w następnych latach prawdopodobnie będzie. Znudzony powtarzającym się scenariuszem, w którym drużyny klubowe z Polski gubiły się przed dobrnięciem do pierwszego przystanku pucharów, przestałem się zjawisku przyglądać z bliska. I byłem przekonany, że tracę niewiele. Bo w końcu jaką różnicę robi fakt, czy naszych wyeliminowała drużyna z Białorusi, Kazachstanu czy Armenii?

Żadną, dopóki nie spojrzeć, że w rankingu UEFA służącym do rozstawiania drużyn po szczebelkach wymienione kraje, kojarzone w Polsce z bidą, nędzą i końcem świata, zaczęły się do nas zbliżać, a nawet przeganiać. Przez to najwierniejsi kibice mogą potencjalnie oglądać zmagania swoich wybrańców kilka razy więcej, bo jeżeli liczyć np. na fazę grupową Pucharu UEFA, to droga do niej wydłuża się z roku na rok. Właściwie nie do końca, bo obecnie jest już najdłuższa z możliwych. Żeby się do grupy dostać, tegoroczni reprezentanci - Lech i Legia muszą zwycięsko wyjść z dwumeczów w dwóch rundach kwalifikacyjnych i pierwszej rundzie zasadniczej. W sumie 6 meczów, zanim rozpocznie się gra o coś, z zespołami, które mają znaczenie w europejskiej hierarchii. Tylko dlaczego mamy żądać meczów z drużynami z wyższej półki, skoro nawet nie zbliżamy się do ich poziomu?

Droga pełna przeszkód, to efekt kilku lat zastoju, który wreszcie musi się skończyć. Przełom w sezonie 2008/09? Brzmi nieźle. Niestety, pierwsze oznaki, że kilkuletni zwyczaj może dzięki szczerej chęci zamienić się w tradycję, dała Cracovia. W tabeli ligowej sezonu 2007/08 - siódma drużyna. Jak niewiele to znaczy, choćby dla białoruskiego Szachtiora Soligorsk pokazała I runda Pucharu Intertoto. Wyniki meczów - 1:2 i 0:3. Inna sprawa, że siódma drużyna nie znalazła się w preeliminacjach do Pucharu UEFA za dobrą grę, tylko ze względu na bałagan w polskiej lidze. Korupcja, likwidacje, przenosiny, awanse, spadki. Dlatego o swojej szansie Krakowianie dowiedzieli się w końcu maja.

Szansa szybko stała się częścią historii walki PZPN z samym sobą. Cracovia przez miesiąc była zapewniana, że tę szansę otrzyma i tak się stało, podczas gdy Znicz Pruszków kilka dni był w Ekstraklasie, ale po korektach decyzji miejsce uciekło. Ale tak naprawdę, jako zwolennika tego, co dzieje się na boisku, a nie w komisjach związku, przestało mnie to interesować. Mocy sprawczej dotyczącej naprawy sytuacji ja ani ten blog nie ma, wróciłem więc do obserwacji tego, jak radzą sobie sami piłkarze.

Lech Poznań, który w sparingach imponował, miejsce w pucharach wywalczył sam i ma chrapkę na mistrzostwo Polski wybrał się do Baku w Azerbejdżanie. Przyzwoita gra dała zwycięstwo 1:0. Pocieszające jest to, że widoczna była różnica klasy pomiędzy Poznaniakami, a drużyną Chazara, co oznacza, że nie jesteśmy jeszcze na samym dnie. Pomimo, że nazwa przeciwnika nie robi na nikim w Europie szczególnego wrażenia, Lech zagrał z determinacją. Oby tak dalej, bo do fazy grupowej nadal daleko.

Ostatnie widoczne osiągnięcia naszych drużyn w Europie, to serie Wisły Kraków i Groclinu Grodzisk w Pucharze UEFA. Groclinu już nie ma. Kiedy Wisły po fatalnym sezonie 2006/07 też zabrakło, polska piłka zostawiła w zeszłorocznych rozgrywkach jeden ślad - zadymę w Wilnie. Dotąd nie udało się ustalić, czyj występ przyniósł większy wstyd na murawie stadionu Vetry - piłkarzy przed przerwą czy bandytów w przerwie. Konsekwencje tych wydarzeń widoczne są i dzisiaj, kiedy Legioniści podejmują Białorusinów z FC Homel na Łazienkowskiej przy biernym udziale kibiców na Żylecie. Sama gra w pierwszej połowie prezentowała się na podobnym poziomie jak rok temu. Druga połowa przyniosła regres i obawy przed rewanżem. Klub ponawia stare grzechy - kadra jest wąska, co widać już u progu sezonu. Niekończący się konflikt zarządu z kibicami także nie ułatwia skupienia się na futbolu.

Niestety, ale moja niechęć do taplania się w błocie i zignorowanie atmosfery wokół piłki ligowej w Polsce, nie oznacza, że nie jest to czynnik, który nie wpływa na piękną grę. Wręcz przeciwnie. Organizacja i administracja klubowa jest teraz wyjątkowo istotna i nie ma sukcesu na boisku bez odpowiednich działań zarządu i podległych im struktur. Ta prawidłowość sprawdza się patrząc na rozgrywki wewnętrzne, gdzie ostatni sezon należał do Wisły, Legii, Groclinu i Lecha, które wyróżniają się budżetem i stabilnością. Cechy, które na polskim podwórku należą do atutów tych klubów, w konfrontacji z zagranicznymi przeciętniakami przestają nimi być. Okazuje się wtedy, że pieniędzy jest za mało, a europejski poziom zarządzania to nadal niedościgniony ideał, o którym można poczytać w książce albo zobaczyć jego elementy w telewizji.

I chociaż bardzo bym chciał, żeby Lech i Legia zdobyły przynajmniej 3-4 punkty w fazie grupowej Pucharu UEFA i wierzę rokrocznie w awans mistrza Polski tam, gdzie jego miejsce (do Ligi Mistrzów), to jestem świadomy, że realistycznie mogę liczyć na spełnienie góra jednego z tych założeń. Aby jednocześnie udało się dwóm lub trzem drużynom potrzeba ciągłości i jakości. Co gorsze nawet jednego sukcesiku samo szczęście nie zagwarantuje.

Jak nisko upadły oczekiwania kibiców i środowiska piłkarskiego podkreśla wypowiedź trenera Legii Jana Urbana tuż po bezbramkowo zremisowanym meczu.

- Czy można znaleźć w grze Legii pozytywy?
- Oczywiście, drużyna wyglądała fizycznie lepiej niż się mogłem tego spodziewać.

W tym tkwi problem. Zaczynamy radować się rzeczami tak błahymi, że bliżej nam do filozoficznej i poetyckiej pochwały życia niż do wyciągania wniosków i wymagania od siebie postępów. Kiedy Jan Urban cieszy się dobrą kondycją zawodowych sportowców, Niemcy lamentują nad przegranym z Hiszpanią finałem Mistrzostw Europy. Każdy zna powiedzenie, że nie należy spoczywać na laurach. Tym bardziej nie powinno się rezygnować widząc laury na czyjejś szyi z trybun i to przez lornetkę.

Minimalizm nie jest obcy mistrzom sportu, ale używają go tylko wtedy, gdy zmuszeni są mówić o swoich zaletach. Kiedy planują cele zawodowe zawsze sięgają wyżej. Niemcy zbudowali na tym przekonaniu wiele drużyn w różnych dyscyplinach. W Polsce takie podejście jest widoczne przede wszystkim u sportowców indywidualnych - Małysza, Radwańskiej, Kubicy. O wartości drużyny musi być pewna przynajmniej jedna osoba, która przekona co do tego całą załogę. Tą osobą zazwyczaj jest trener, pewnego rodzaju Mistrz. Występ Legii sugeruje, co się dzieje, kiedy Mistrz nabiera wątpliwości.

Brak komentarzy: