wtorek, 15 kwietnia 2008

Życie i śmierć Joga Bonito

Wtorkowy wieczór i niedzielne popołudnie zakończyły sezon Arsenalu, odpowiednio: w Europie i w kraju. Wprawdzie do rozegrania zostały jeszcze 4 mecze ligowe, ale starania zespołu poszły na marne. Klubowa gablota na puchary trzeci sezon z rzędu nie wzbogaci się o żadne nowe trofeum. Przez długi czas nic nie wskazywało na tak fatalny koniec. Arsenal wygrał mnóstwo małych bitew na wszystkich frontach, ale z drugiej strony przegrał wszystkie kluczowe, te, które decydują o losach wojny. Jak to jednak w wypadku ekipy z zachodniego Londynu bywa, nie tylko zwycięstwa, ale i klęski były spektakularne.

Najbardziej bolesna chwila nadeszła 13 kwietnia. Ale tej porażki można było się spodziewać. Była tylko dopełnieniem fatalnej serii. Arsenal wygrał 2 z 13 ostatnich meczów. To forma, która jest dobrze znana drużynom walczącym o utrzymanie, a The Gunners mieli przecież walczyć o triumf w Lidze Mistrzów UEFA i ukończyć na szczycie rozgrywki, uważanej przez wielu fachowców za obecnie najsilniejszą ligę na świecie, Premiership.

Do końca roku 2007 siedziba Arsenalu była obozem powszechnej szczęśliwości. Nieszczęścia zaczęły nadchodzić jednak nie tylko parami, a nawet trójkami i czwórkami w 2008. Już w styczniu drużyna Arsene'a Wengera została niespodziewanie rozbita w rewanżowym meczu półfinałowym Carling Cup przez największego rywala - Tottenham. Porażka 5:1 i boiskowa sprzeczka pomiędzy Emmanuelem Adebayorem i Nicklasem Bendtnerem nie wróżyła niczego dobrego.

Puchar Ligi jest traktowany przez kluby Premiership jako rozgrywki mało prestiżowe, w których główne role odgrywają rezerwowi i zdolna młodzież - nieprzygotowana do walki na poziomie ligowym i europejskim. Było to wygodne wytłumaczenie niedyspozycji. Bo faktem jest, że Wenger do boju posyłał tutaj zawodników nieogranych, a swój udział w niechlubnym przedsięwzięciu miał również Polak Łukasz Fabiański. Niepokój budził jednak styl - porażka mogła być wyższa. Ponadto rok wcześniej Arsenal dopiero w finale Carling Cup po zaciętym meczu musiał uznać wyższość Chelsea, pomimo, że na murawę wychodzili ci sami chłopcy, o rok ubożsi w doświadczenie. Na dodatek przegrana z rywalem z sąsiedztwa boli, bez względu na okoliczności, a było to pierwsze zwycięstwo Spurs nad Gunners od ponad 8 lat.

Kolejny punkt zwrotny, to przegrana na wyjeździe z innym rywalem, tym razem do tytułu - Manchesterem United. Nie był to wprawdzie mecz ligowy, tylko FA Cup, Wenger ponownie dał odpocząć kilku zawodnikom, ale o okolicznościach porażki zapomina się, kiedy jej rozmiary wynoszą 4:0. Był to kolejny sygnał, że Arsenal, który nie tylko wygrywał od początku sezonu, ale czynił to w imponującym stylu, nie jest niepokonany. Angielscy fachowcy i kibice w dyskusjach przed sezonem zgodnie twierdzili, że młoda drużyna, osłabiona odejściem najlepszego strzelca w historii klubu - Thierry'ego Henry'ego nie jest w stanie nic osiągnąć. Pesymistyczne głosy było słychać również wśród kibiców Kanonierów. Wszyscy oni ostatecznie nie pomylili się. Ale wielu z nich było gotowych na korektę opinii, gdy od początku sezonu Arsenal zaczął zadziwiać, a później zachwycać całą ligę. Wydawało się, że wypowiedzi piłkarzy nie były tylko próbą usprawiedliwienia nieporadności transferowej klubu, ale odejście Henry'ego naprawdę pomogło. Arsenal wreszcie przestał remisować w meczach, w których posiadał miażdżącą przewagę w statystykach. Problem ten powrócił w najgorszym momencie, kiedy sezon wchodził w przełomową fazę. Z 13 ostatnich meczów, Arsenal aż 7 zremisował.

Wyglądało to tak, jakby Londyńczykom kończyło się paliwo. Z tego względu czuli się lżejsi i zdołali jeszcze dwukrotnie przyspieszyć. Najpierw w 1/8 finału Ligi Mistrzów pokonali w meczu wyjazdowym obrońców tytułu - AC Milan. Później w dramatycznych okolicznościach zdołali wyrwać 3 punkty Boltonowi, pomimo gry w dziesiątkę i wyniku 0:2 do przerwy. Do klasy obu rywali można jednak mieć pewne zastrzeżenia. Milan znajduje się w ciężkim położeniu i ten sezon może zakończyć poza czwórką w lidze, w efekcie bez awansu do Ligi Mistrzów. Patrząc na tradycje klubu i kadrę, jest to zaskakujące. Bolton natomiast ostatkami sił broni się przez spadkiem z Premiership.

Trzema gwoździami do trumny okazały się mecze z bezpośrednimi rywalami. Każdy z nich zaczynał się korzystnie dla Arsenalu i każdy kończył tak samo - klęską. Wśród powodów wymienia się przede wszystkim zmęczenie piłkarzy. Niektórzy z nich grali z nielicznymi wyjątkami prawie od początku sezonu. W tym czasie Rafael Benitez (Liverpool), Avram Grant (Chelsea) i sir Alex Ferguson (Man Utd) mogli pozwolić sobie na roszady w składzie, które nie zmieniały nic biorąc pod uwagę skuteczność gry. Negatywne efekty ciągłej gry widać po liderze Arsenalu - Hiszpanie Cescu Fabregasie. Nadal gra dobrze, często bardzo dobrze, ale już nie świetnie i genialnie, kiedy na początku sezonu oprócz rozgrywania, do swojej gry włączył seryjne strzelanie bramek.

Jeżeli chodzi o przywództwo, to na swojej drodze Wenger stracił ważnego żołnierza. Eduardo dotknęła przykra kontuzja (o której pisałem TUTAJ). Trudno jednoznacznie określić, jak wielki wpływ na postawę drużyny wywarło to zdarzenie. W meczu z beniaminkiem z Birmingham Arsenal stracił jednak punkty w nieprawdopodobnych okolicznościach pomimo olbrzymiej przewagi (rzut karny przeciwko w ostatniej minucie gry). A jak wiadomo, każda seria ma swój początek i nie bierze się znikąd. Tymczasem kolejne kontuzje (Van Persie, Rosicky, Sagna, Flamini) pozwoliły złej passie trwać aż do dzisiaj. Wprawdzie Van Persie już powrócił, a Flamini wypadł z gry w ubiegłym tygodniu, ale forma po powrocie pierwszego i uraz drugiego spowodowały, że przeszli obok meczów decydujących o powodzeniu sezonu.

Kontynuując wątek przywództwa Wenger na sierżanta w swoim oddziale nominował Williama Gallasa. Decyzję można oceniać różnie, ale ta nie była szczęśliwa. Szczególnie widoczne w meczu z Birmingham, ale także w meczach późniejszych, francuski obrońca po prostu nie poradził sobie z tą rolą. Najpierw dał znać o sobie temperament, a w kolejnych tygodniach było widać znowu jego brak zaangażowania, na boisku nie pomagał młodszym kolegom.

Każdy z tych czynników miał swoją rolę w niepowodzeniu, to pewnik. Arsene Wenger znalazł dodatkowe elementy, które nie pasowały do układanki. Były to pech i praca sędziów. W powoływaniu się na szczęście i pech jest może trochę racji, ale nigdy nie są one dobrym wytłumaczeniem. Na czynniki losowe należy się bowiem przygotować w jak największym stopniu. Wenger w zimowym oknie transferowym nie kupował, bo nie przewidział skali kontuzji. Można powiedzieć, że czuł się na tyle bezpieczny, że zrezygnował z wykupienia polisy ubezpieczeniowej. Obarczanie winą sędziów jest natomiast taktyką powszechną wśród trenerów na całym świecie. Rzadko, który z nich potrafi oprzeć się pokusie. Interpretacja kontrowersyjnych zdarzeń wśród menedżerów przeciwnych ekip jest z reguły krańcowo odmienna.

Prawda leży jak zwykle po środku. Szczęście nie było po stronie Arsenalu, sędziowie też nie zawsze podejmowali właściwe decyzje, ale w długim sezonie nie ma przypadków. Arsenal okazał się mniej odporny na niesprzyjające czynniki niż rywale. Było to widać pod koniec sezonu zarówno w meczach z rywalami, których należało ograć jak i bezpośrednich starciach z kontrkandydatami do złota. Pozostaje obserwować, jak zagrają Kanonierzy bez presji w ostatnich spotkaniach sezonu, być może z szeroką grupą młodzieży w kadrze meczowej. Jeszcze ciekawsze, czy Arsene Wenger wyciągnie wnioski ze swoich niepowodzeń i sprawi, że za rok Arsenal będzie finiszował w zabójczym tempie, a maraton zakończy zmęczony, ale w glorii zwycięzcy. Wszak Francuz przekonał się, że linia pomiędzy sukcesem a tragedią jest bardzo cienka, wielkim wyzwaniem będzie jej przekroczenie. Ostatnie 8 miesięcy nie zostało jednak kompletnie zmarnowane. Drużyna nie tylko zdobyła cenne doświadczenie, którego nie zastąpi żaden trening, ale i pokazała piękny futbol i pasję, która na pewno przysporzy im kibiców. Jednego już przysporzyła.

Brak komentarzy: