niedziela, 18 listopada 2007

Po awansie, przed Serbią

Wygrana z Belgami w Chorzowie, 7 innych zwycięstw, 3 remisy i 2 porażki zadecydowały, że reprezentacja Polski może na kolejkę przed końcem eliminacji cieszyć się z awansu do turnieju finałowego Euro 2008. Szansę na wyprzedzenie Polaków w grupie A na finiszu w dalszym ciągu zachowuje Portugalia. Do tego jednak potrzebna będzie dobra wola liderów, którzy muszą zgubić punkty w Belgradzie, a Portugalia, żeby myśleć o awansie z pierwszego miejsca musi bez względu na wszystko wygrać. Iberyjczycy w dalszym ciągu mogą jednak nie tylko nie wywalczyć czołowej pozycji, ale i... awansu. Wystarczy, że przegrają z Finlandią, a Serbia wygra z Kazachstanem, a następnie z Polską, a zajmą w grupie czwartą lokatę. W grupie A do ostatniej chwili emocji nie powinno zabraknąć.

Drużyny wylosowane do uczestnictwa w tej grupie stworzyły ciekawą historię. Polska rozpoczęła fazę eliminacyjną od porażki w Bydgoszczy, może skończyć bez punktów w Belgradzie, po drodze poniosła klęskę w Erewanie, a pomimo to ostateczny rezultat 15-miesięcznych zmagań jest niewątpliwym sukcesem. Bo nie można inaczej tego nazwać, skoro Polaków zabrakło w dotychczasowych dwunastu imprezach o miano mistrza Starego Kontynentu. Trzynasty turniej okazał się szczęśliwy, podobnie jak czternasty, w którym udział zapewniliśmy sobie poza boiskiem. Weźmiemy udział w drugiej najważniejszej imprezie reprezentacyjnej dla drużyn z naszego regionu dwa razy z rzędu. W tej najważniejszej, mistrzostwach świata, już dokonaliśmy podobnego wyczynu. I to po szesnastu latach przerwy. Wprawdzie właściwe zmagania przyniosły zawód, ale co niektórzy zauważyli z pewnością, do czego zmierzam. Czy w polskiej piłce dzieje się lepiej po zapaści w latach dziewięćdziesiątych?

Piłka klubowa kontynuuje swoją drogę na dno albo przynajmniej nie próbuje wydostać się na powierzchnię. Do Ligi Mistrzów UEFA nie udało się zakwalifikować żadnemu z menedżerów od przeszło 10 lat. Z reprezentacją awans do dużych imprez udało się uzyskać w ostatnich 6 latach trzem różnym trenerom. I nie dostają oni kolejnej szansy co roku, tylko 2 razy rzadziej. Może to sugerować, że mamy dobrych trenerów i świetnych piłkarzy, ale tylko za granicą. Nie jest to prawda. Po pierwsze piłkarzy świetnych u nas brakuje. Albo przynajmniej za świetnych nie uważa się ich w Europie. Raczej uznawani są za przeciętnych, rzadziej wyróżniających się, solidnych. Leo Beenhakker udowodnił, że "poczciwych" nie brakuje i w Orange Ekstraklasie. Holender obejrzał parę ligowych meczów, wyszperał kilku zawodników, którzy okazali się lepsi od "reprezentantów Zachodu". Zresztą poprzeczka nie jest tutaj wysoko postawiona, bo wielu z jego wybrańców pomimo tego, że nie przekonują do siebie trenerów klubowych, u niego dostaje szansę. Grupa piłkarzy na średnim europejskim poziomie osiągnęła pod przewodnictwem Beenhakkera sukces. Ale czy to oznacza, że gdyby Leo został wybrany trenerem Wisły Kraków czy Legii Warszawa, to przekroczyłby wrota baśniowej Ligi Mistrzów?

Niekoniecznie. Podobnego zadania podjął się Jerzy Engel kilkanaście miesięcy po mundialu w Azji i zawiódł. Niektórzy pamiętają, że był blisko, ale fakty są jasne - poniósł klęskę. Czy zabrakło "rzemieślników", którzy mogliby z powodzeniem wykonać zadanie? A może raczej chodzi o czas pracy nad doborem wykonawców? Z reprezentacją Engel pracował blisko 3 lata, z Wisłą niecałe 4 miesiące. Paweł Janas trenerem kadry był przez ponad 3,5 roku. Leo Beenhakker swój pierwszy sukces odniósł już po 16 miesiącach za sterami reprezentacji, ale jego kontrakt został przedłużony już wcześniej. Czy nie jest to łatwa do zinterpretowania podpowiedź dla właścieli klubów? Każdy trener, nawet wybitny fachowiec potrzebuje czasu i zaufania, żeby mógł zaoferować pożądane wyniki. Początki mogą być trudne. Mogą też być zaskakująco udane, ale i tak po pewnym czasie przychodzi kryzys. Żeby wyjść z kryzysu trzeba potrafić znaleźć dobre rozwiązanie, a tutejsi prezesi nie szukają, tylko mają gotową receptę - dymisję trenera. Jedynym przykładem na wielką wagę cierpliwości i zdrowego rozsądku w dochodzeniu do celu w futbolu na naszym podwórku jest właśnie reprezentacja. Kolejne modelowe przykłady to Anglia i dwa najbardziej utytułowane kluby w ostatnim dziesięcioleciu - Arsenal i Manchester United. Tak, to są kluby zdecydowanie inne, instytucje, które górują nad naszymi w każdej kategorii, ale czy ktoś wątpi, że Ferguson w czasie swojej 21-letniej i Wenger 11-letniej pracy zdążyli przegrać już "kilka" ważnych meczów? A jednak utrzymali swoje posady i z każdym sezonem ich drużyny są coraz mniej nieobliczalne, zawsze walczą o najwyższe cele. To efekt wieloletniej, zaplanowanej, konsekwentnej pracy. Jest to temat rzeka, bo ile lig i klubów, tyle historia zna przypadków obchodzenia się ze szkoleniowcami.

Wracam więc do tematu reprezentacji. Co pozwoliło nam odnieść sukces, skoro pisałem o grupie "poczciwin"? Można powiedzieć, że Leo Beenhakker, który zbudował kolektyw (nie odbierajmy cesarzowi tego, co cesarskie), ale awans jest przynajmniej w takim samym, a nawet większym stopniu dziełem piłkarzy. I tak "poczciwiny" były kierowane przez graczy z trochę wyższej półki. W futbolu chodzi o strzelanie bramek, a w tej kategorii najwięcej dali drużynie Ebi Smolarek i Jacek Krzynówek. Strzelili łącznie ponad połowę bramek dla polskiej drużyny. Zawodnik Racingu zaliczył kluczowe trafienia przeciwko Kazachstanowi, Portugalii i wreszcie Belgii. Bramką z tych eliminacji, którą będę najdłużej pamiętał jest jednak "strzał rozpaczy" Krzynówka na 2:2 w Lizbonie. Obaj zawodnicy sprawili także, że udało nam się wybrnąć z trudnej sytuacji w czerwcu w Baku. Bramek, które dawały nam punkty było więcej, bo właściwie o żadnej nie można powiedzieć, że była bezwartościowa. Warto jeszcze zwrócić uwagę na gole Matusiaka w Brukseli i Żurawskiego w Kielcach. Połowę z dotychczasowych ośmiu zwycięstw Polacy odnieśli z przewagą jednej bramki.

Aż dziw bierze, że w zestawieniu strzelców przez moment znalazł się Maciej Żurawski. W tych eliminacjach nie strzelił poza bramką z Armenią nic. W klubie przez swoją niedyspozycję stracił miejsce w składzie, dlatego od końca marca nie miałem okazji widzieć Żurawia pakującego piłkę do siatki. Jest to po części problem reprezentacji. W meczu z Belgią Żurawski był ustawiony początkowo jako jedyny napastnik. Piszę "po części", bo mieliśmy skutecznych skrzydłowych. I dopóki oni nie będą zawodzić, wszystko będzie w porządku. Tylko strach pomyśleć, że Smolarek albo Krzynówek mogliby złapać przed turniejem finałowym kontuzje. Czy ma ich kto zastąpić? Ważny jest trzon każdej drużyny, ale Polska bez Bąka, Lewandowskiego, Krzynówka i Smolarka musiałaby się narodzić na nowo. Chodzi nie tylko o umiejętności piłkarskie, ale i przywódcze, a także siłę przyzwyczajenia. Kiedy (na szczęście rzadko) jednym ze środkowych obrońców nie jest Bąk, na tyłach robi się nerwowo. Kiedy zabraknie Lewandowskiego, w środku brakuje nóg do ciężkiej pracy. Bez Krzynówka obrońcy rywala mogą czuć się dużo bardziej komfortowo. Brak Smolarka może spowodować trudności w wykańczaniu akcji albo ograniczyć liczbę bramek zdobywanych z niczego (co w meczach takich jak wczorajszy z Belgią jest nieodzowne). Są to uwagi ogólne, ale cieszy, że w konkretnym meczu liderzy nie zawiedli. Ta cecha ich wyróżnia, zawsze można na nich liczyć. Z grona liderów odpadł niestety Żurawski, ale jest to kolejny temat do oddzielnego tekstu.

Ciekawi mnie jak mecz z Serbią potraktuje Leo i reprezentanci? Czy "Orły" rozpoczną bardzo wcześnie okres przygotowań do EURO? Czy z Serbią zagra najsilniejszy skład czy Leo postawi na piłkarzy z drugiego planu, którym też jednak zaufał? Ostatni typowy sprawdzian dublerów był bezbarwnym widowiskiem. Czy zagramy o punkty do rankingu FIFA? Zarzut grania dla samego siebie jest wysuwany wobec selekcjonera ekipy Francji - Raymonda Domenecha. Jego przeciwnicy twierdzą, że nawet w "meczu o pietruszkę" korzysta ze sprawdzonej starej gwardii, zamiast wprowadzać do drużyny młodych. Jego założenia pozwoliły jednak doprowadzić Francuzów do finału zeszłorocznego czempionatu. Jeżeli podobnie będzie czynił Beenhakker, a za kilka miesięcy będziemy walczyć w finale ME, to nie będę miał do niego pretensji. Tylko, że to trochę nie w jego stylu. Przez kolejne 202 dni cała Polska pozna z pewnością jeszcze kilku niezłych piłkarzy, o których dotychczas słyszeli tylko kibice Górnika Zabrze czy Korony Kielce.

5 komentarzy:

Bartek Burzyński pisze...

A gdzie szyderstwa?

Loża Inc.

Unknown pisze...

Ta, panie Huragan, to nie w pana stylu.

sportsmen pisze...

Tak się właśnie zastanawiam, dlaczego Loża Szyderców nie ma jeszcze swojego bloga albo fotki?

Unknown pisze...

Już mieliśmy mieć legitymacje w laminacie i pamiętasz, co z tego wyszło? Poza tym, blog to "żenua" :)

sportsmen pisze...

Zależy, jaki blog. Teraz nawet na stronach poważnych dzienników redaktorzy mają blogi. Blog już nie jest tym, czym był kiedyś.