niedziela, 18 listopada 2007

Droga na EURO 2008 - przeżyjmy to jeszcze raz

Dzień 17 listopada 2007 roku z pewnością przejdzie do historii jako jeden z najpiękniejszych w dziejach naszej piłki. Polska reprezentacja po raz pierwszy wywalczyła awans do Mistrzostw Europy. Radość tym większa, że w przeszłości nie udało się to takim graczom jak Deyna, Lato, Kasperczak czy Brzychczy. Warto podkreślić, iż awans wywalczyła drużyna bez gwiazd. W każdym meczu na boisku walczyło 11 graczy, którymi dyrygował ojciec sukcesu – Leo Beenhakker. To właśnie głównie dzięki Holendrowi możemy dzisiaj być dumni z naszych Orłów.

Przygoda Don Leo z polską reprezentacją rozpoczęła się 11 lipca 2006 roku. Kilkanaście dni przedtem pracę stracił poprzedni szkoleniowiec – Paweł Janas. Wszyscy kibice w Polsce byli sfrustrowani postawą piłkarzy podczas Mundialu w Niemczech. Każdy oczekiwał rewolucji w kadrze. Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, Michał Listkiewicz zdecydował się powierzyć posadę selekcjonera Leo Beenhakkerowi. Po dokonaniu tego wyboru spora część polskiej myśli szkoleniowej (mam tu na myśli m.in. Jerzego Engela, Antoniego Piechniczka czy Andrzeja Strejlaua) była oburzona. Twierdzili, iż Listkiewicz podjął tę decyzję pod wyraźnym naciskiem mediów. Starszyzna nie mogła znieść faktu sprawowania najważniejszej funkcji w polskiej piłce przez obcokrajowca. Leo Beenhakker przez pierwszych kilka dni był w szoku. Nie spodziewał się tak agresywnej postawy ludzi ze związku. Holender był bliski złożenia dymisji już następnego dnia po otrzymaniu posady selekcjonera! Może to świadczyć tylko o wyjątkowej zaściankowości i niechęci wobec jakichkolwiek zmian u panów: Engela, Piechniczka czy Laty. Na nasze szczęście, armia zawistnych przeciwników Beenhakkera nie zdołała go zniechęcić do pracy z polskimi piłkarzami. Don Leo rozpoczął żmudny proces selekcji, która tak naprawdę trwać będzie do maja przyszłego roku. Dobrze pamiętam lekkie podniecenie, a jednocześnie niesamowitą ciekawość przed ogłoszeniem listy powołanych na pierwszy mecz pod wodzą nowego trenera. Po samym fakcie byłem w lekkim szoku. Lista nazwisk wyglądała tak, jakby ogłaszał ją Paweł Janas. Osoby Sebastiana Mili, Jerzego Dudka, Seweryna Gancarczyka, Mirosława Szymkowiaka i Damiana Gorawskiego nie napawały optymizmem. Po pierwszym zaskoczeniu doszedłem do wniosku, że mecz z Danią posłuży jako „selekcja negatywna”. Ci, którzy spiszą się na miarę oczekiwań będą stanowić trzon przyszłej drużyny. Reszta natomiast, pożegna się z kadrą.

Początki Latającego Holendra nie były łatwe. Porażka w towarzyskim spotkaniu z Danią była przysłowiową wodą na młyn dla armii przeciwników Leo. Potem przyszedł, jak do tej pory, najgorszy mecz reprezentacji pod wodzą Beenhakkera. Polacy zagrali fatalne zawody z Finami, przegrali 1:3 i w beznadziejnym stylu rozpoczęli eliminacje do EURO 2008. Dobrze pamiętam grzmiącego Jana Tomaszewskiego, który twierdził, iż „zatrudnienie Beenhakkera było dużym błędem. Holender nie miał pojęcia o naszych piłkarzach i naszym futbolu”. Wtedy większość przyznawała mu rację. Kibice tracili wiarę, czego skutkiem była niska frekwencja podczas meczu z Serbami. Gra naszej reprezentacji wyglądała dużo lepiej niż podczas spotkania z Finlandią, ale mimo to, nie udało się wygrać. Po dwóch spotkaniach Polska miała na swoim koncie zaledwie 1 pkt. W październiku Polakom udało się wygrać z Kazachami 1:0 po bramce Euzebiusza Smolarka. 4 dni później byliśmy świadkami najlepszego meczu w wykonaniu naszej kadry w XXI wieku. To, co Polacy zaprezentowali w spotkaniu w Portugalią, było nie do przewidzenia. Grali mądrze piłką, nie pozbywali się jej bezsensownie. Takie gwiazdy światowego futbolu, jak Deco, Cristiano Ronaldo czy Simao nie istniały w starciu z podopiecznymi Don Leo. Polska wygrała 2:1 i znów powróciła nadzieja. Nadzieja na to, ze jeszcze nie wszystko stracone. Listopadowy mecz z Belgami tylko to potwierdził. Wygraliśmy 1:0 po bramce Radosława Matusiaka. Polacy zagrali perfekcyjnie pod względem taktycznym. Rok 2006 zakończyliśmy z uśmiechem na twarzy i głęboką wiarą w geniusz Leo Beenhakkera.

Ten rok był kluczowy w kwestii walki o awans na EURO 2008. Przed dwumeczami z Azerbejdżanem i Armenią wszyscy podkreślali, iż 12 punktów mamy w kieszeni. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Mecze u siebie wygraliśmy w dość pewnym stylu. Najpierw 5:0 z Azerami, którzy nie byli w stanie przeciwstawić się graczom Beenhakkera. Kilka dni później było już dużo ciężej. Do Kielc przyjechała reprezentacja Armenii. Polacy wygrali zaledwie 1:0. W czerwcu odbyły się dwa spotkania za Kaukazem. Polacy podejmowali po raz kolejny te same drużyny. W pierwszym meczu wygraliśmy 3:1. Gra wyraźnie się nie układała. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1. O zainkasowaniu 3 punktów zadecydowała forma Ebiego Smolarka i Jacka Krzynówka. 6 czerwca graliśmy z Armenią. W tym spotkaniu mieliśmy bardzo dużo pecha. Kilku klarownych sytuacji nie wykorzystał Marek Saganowski i niestety z dalekiej wyprawy wracaliśmy tylko z 3 punktami. We wrześniu czekały na nas zespoły Portugalii i Finlandii. Serce podpowiadało, ze uda się zgarnąć 4 punkty, które praktycznie zapewnią nam awans. Po raz kolejny gracze Leo Beenhakkera zagrali świetne zawody z Portugalią. Znów o sukcesie przesądził Jacek Krzynówek, którego atomowe uderzenie znalazło się w siatce bezradnego Ricardo. W meczu z Finami mieliśmy sporo szczęścia. Gospodarze mieli sporo dogodnych sytuacji, ale w bramce dobrze spisywał się Artur Boruc. Ostateczny wynik 0:0 odzwierciedlał to, co działo się w Helsinkach. W październiku tego roku graliśmy z Kazachstanem. Po wiadomych komplikacjach Polakom udało się zainkasować kolejne 3 punkty. Wiadomo było, ze do historycznego awansu wystarczy wygrana z Belgami. Byliśmy w komfortowej sytuacji, ponieważ wszystko zależało od nas. Do meczu z Belgami podchodziłem z wielkimi nerwami. Teoretycznie wszystko wypadało na naszą korzyść, ale wiadomo przecież, że w piłce nożnej wiele zależy od szczęścia. Akurat 17 listopada opatrzność była po naszej stronie. Ebi Smolarek dwukrotnie znalazł się tam, gdzie być powinien. Gra nie wyglądała rewelacyjnie, co podkreślał na pomeczowej konferencji selekcjoner, ale dla nas liczył się tylko fakt, iż wreszcie zagramy na Mistrzostwach Europy.

Emocje po meczu z Belgami jeszcze nie opadły. Zapanowała ogólnonarodowa euforia na punkcie naszych piłkarzy i trenera Leo Beenhakkera. Dobrze, teraz jest czas na zabawę, ale trzeba mieć w pamięci błędy popełnione w przeszłości. Poprzedni szkoleniowcy (Jerzy Engel i Paweł Janas) popełnili błędy w przygotowaniach, które były aż nadto widoczne podczas zmagań grupowych. Leo Beenhakker doskonale zdaje sobie sprawę, iż to dopiero początek drogi. Przed nami ponad 200 dni do startu EURO 2008. Wstępny etap selekcji mamy już za sobą. Wykrystalizowała się grupa zawodników, która stanowić będzie trzon drużyny podczas imprezy. Należą do nich: Boruc, Kuszczak, Wasilewski, Żewłakow, Bąk, Bronowicki, Jop, Błaszczykowski, Dudka, Lewandowski, Krzynówek, Smolarek, Żurawski, Sobolewski. Jeśli będą omijać ich kontuzje i będą grać regularnie w swoich klubach to na pewno pojadą do Austrii i Szwajcarii. Wymieniłem tylko 14 nazwisk, a przecież zespół składa się 23 graczy. To jest właśnie zadanie Leo Beenhakkera na najbliższe miesiące. Musi szukać dalej, nie wolno mu zakończyć selekcji na tym etapie. Akcję o kryptonimie „EURO 2008” czas zacząć!

5 komentarzy:

Unknown pisze...

za dlugie, nie chce sie czytac ;p

Unknown pisze...

cytat:
" Po raz kolejny gracze Leo Beenhakkera zagrali świetne zawody z Portugalią. Znów o wygranej przesądził Jacek Krzynówek, którego atomowe uderzenie znalazło się w siatce bezradnego Ricardo."

Szanowny panie autorze, to spotkanie zremisowaliśmy 2:2, nie wygraliśmy go niestety :)

sportsmen pisze...

Niedobrze, Tuszas. Musisz się poprawić. Mi jeszcze nikt nie wytknął błędu ;).

Tuszas pisze...

Błąd poprawiony.

Unknown pisze...

Huragan, nie bądź taki pewny :]