niedziela, 20 lipca 2008

Piłkarskie życie na gorąco

Wakacje to 2 miesiące w roku, kiedy życie wielu ludzi staje się przyjemniejsze i spokojniejsze. Uczniowie/studenci zyskują nagle mnóstwo wolnego czasu, który wykorzystują w różny sposób. Pracujący ciężko przez resztę roku szukają najdogodniejszego tygodnia, dwóch, żeby wyrwać się na długo oczekiwany urlop. Nawet polityków zwykle niezwykle rozgadanych dopada chęć ucieczki na parę dni do ciepłych krajów. Jak zawsze jednak aktualne jest powiedzenie, że ktoś gdzieś pracować musi, żeby gdzieś indziej odpoczywać mógł ktoś.

Czas odpoczynku to często czas oddania się pasjom lub złapania kontaktu ze światem zewnętrznym. Tak się składa, że pasją wielu ludzi jest sport (piłka nożna), a w ustronnym miejscu, gdzie albo nie ma telewizora albo mówi on do nas w niezrozumiałym języku, sprawdzić, co dzieje się w świecie można przede wszystkim dzięki prasie. Dlatego dziennikarze mają wtedy pełne ręce roboty, ale z drugiej strony... nie mają o czym pisać. Nie jest to wszakże duży problem, bo zawsze można wystartować z tygodniowym cyklem artykułów pt.: "Jak oszczędzać wodę myjąc jednocześnie zęby i naczynia", publikować nie zawsze zrozumiałe i rzadko słuszne opinie czytelników na każdy temat, za pomocą prowokacji rozpętać jakąś aferę albo napisać kilka zdań wyssanych z palca, które mimo wszystko znajdą odbiorców.

Sportu wakacyjna posucha nie dotyczy tak mocno jak innych dziedzin życia, bo w końcu w lipcu i sierpniu odbywają się liczne imprezy cykliczne jak np. kolarski Tour de France czy siatkarska Liga Światowa. Ponadto 2008 to rok olimpijski. W sierpniu czekają miłośników rywalizacji prawie 3 tygodnie całodobowej uczty podczas której można nasycić się na zapas. W piłce nożnej jednak koniec czerwca i lipiec to czas, w którym dzieje się stosunkowo niewiele. Oczywiście, prawdziwy fanatyk znajdzie dla siebie zawsze coś do oglądania. Rozgrywki prowadzą ligi skandynawskie, rosyjska, austriacka, amerykańska, brazylijska i kilka innych. Poza tym sporo różnego rodzaju turniejów kontynentalnych (faza finałowa Copa Libertadores w Ameryce Południowej czy nasze EURO) i mistrzostw młodzieżowych. Wygląda to imponująco, ale wybór w porównaniu z trwaniem klasycznego sezonu w Europie jest skromny.

Znam ludzi, którzy gardzą rozgrywkami niższej kategorii i czekają na pierwsze mecze w Premiership, La Liga, Lidze Mistrzów itd. Można się im dziwić, ale można też uznać ich za grupę dominującą i spróbować na nich zwyczajnie zarobić. W końcu rzecz oczywista, że fascynacja wielką piłką nie trwa 10, tylko 12 miesięcy w roku. Przerwa w rozgrywkach jest wbrew pozorom czasem wzmożonej aktywności dla klubów. W lipcu otwiera się okno transferowe w większości lig, z tego korzystają prezesi i trenerzy, którzy chcą w ośrodkach pracy zaprowadzić porządki, przeprowadzić zmiany, aby zrealizować wyznaczone cele w nowym sezonie.

Dla nich to specjalny okres, tak samo od kilku lat dla mediów, które stały się dzięki swoim wpływom integralnym elementem układanki. Ich udział w jej strukturze staje się większy z roku na rok. Dlaczego? Z uwagi na siłę słowa i pisma, które dociera do milionów ludzi. Bardzo popularne określenie Czwarta władza nie powstało przypadkowo. Monteskiusz podzielił władzę na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Nie przewidział, że Konstytucja RP z 1997 i setki innych tego dokumentów na całym świecie dzięki zapisowi o wolności mediów stworzą nowy ośrodek wpływania na obywateli. Dobrze, tylko co wspólnego ma to np. z transferem Ronaldinho do Milanu z tego tygodnia?

Trudno ocenić ten wpływ w procentach, ale agenci piłkarscy, zazwyczaj główni zwolennicy częstego transferowania swoich podopiecznych z klubu do klubu znaleźli sprzymierzeńców właśnie w dziennikarzach. Jak przyznał szef działu sportowego jednego z najbardziej poważanych brytyjskich dzienników The Times większość informacji o możliwych ruchach transferowych pochodzi właśnie od agentów. W związku z czym historie z tylnych okładek spełniają się umiarkowanie rzadko. Ale w końcu agentom i samym piłkarzom nie zależy na wiarygodności informacji prezentowanych w gazetach, tylko na własnych korzyściach, czyli w tym przypadku pieniędzach i innych bonusach wynikających ze zmiany otoczenia.

Dziennikarze mogą, rzecz jasna, traktować agentów jako źródła informacji, ale raczej niepewne. Bo powtarzanie za agentem kolejnych plotek bez jakiejkolwiek weryfikacji potrafi wpłynąć ujemnie na odbiór dziennika przez czytelnika. Jest to jednak na tyle niewielka przeszkoda, że większość redakcji stara się ją ignorować, bo w końcu chodzi o zadowolenie czytelnika. A jak wskazują statystyki udostępnione przez szefa działu sportowego witryny BBC w wywiadzie dla audycji World Football, podstrona serwisu z plotkami transferowymi jest nie tylko jedną z najchętniej odwiedzanych w sekcji sportowej, ale również w całym BBC Online, którego objętość jest trudna do ogarnięcia.


















Pomimo codziennych doniesień o postępach (na razie żadnych?) w sprawie prze
nosin Cristiano Ronaldo do Realu Madryt, ludzie chcą więcej i więcej informacji. Przy okazji wydaje się, że nie zważają na ich prawdziwość, a kolejne rzucane w przypadkowej kolejności liczby - 60-80-100 mln euro przyprawiają ich o szybsze bicie serca. Tworzenie informacji od widza, to częste zarzuty wysuwane np. wobec TVP, która ma realizować misję programową. Dziennikarze każdego z tytułów prasowych mają natomiast wybór - mogą starać się selekcjonować informacje rzetelnie albo przepuszczać przez sito pogłoski, o których się filozofom nie śniło i zarabiać na ludzkiej ciekawości. Tak samo wybór mam ja, ty, on, ona, ono. Możemy wspierać i nakręcać kampanię rozpowszechniania czegoś, co w Polsce nazwiemy gówno prawdą, w Anglii bullshitem, a w Niemczech scheiße, możemy też omijać plotki na miarę Życia na gorąco z daleka i skupić się na tym, co w futbolu istotne - golach, umięjętnościach, rywalizacji. Ja już wybrałem. Twoja kolej.

czwartek, 17 lipca 2008

Od niepowodzenia do porażki

Ostatnie lata polskich drużyn na arenie europejskiej były pasmem niepowodzeń. O tym dobrze wie każdy kibic, a reszta narodu niespecjalnie zainteresowana rozgrywkami innymi niż Mistrzostwa Świata albo EURO (koniecznie z udziałem reprezentacji Polski) domyśla się. Właściwie nad stanem polskiego futbolu, myśli szkoleniowej, systemu szkolenia, baju-baju etc. nie trzeba się zastanawiać, bo w każdej gazecie mamy gotowy raport: gorzej być nie może, ale w następnych latach prawdopodobnie będzie. Znudzony powtarzającym się scenariuszem, w którym drużyny klubowe z Polski gubiły się przed dobrnięciem do pierwszego przystanku pucharów, przestałem się zjawisku przyglądać z bliska. I byłem przekonany, że tracę niewiele. Bo w końcu jaką różnicę robi fakt, czy naszych wyeliminowała drużyna z Białorusi, Kazachstanu czy Armenii?

Żadną, dopóki nie spojrzeć, że w rankingu UEFA służącym do rozstawiania drużyn po szczebelkach wymienione kraje, kojarzone w Polsce z bidą, nędzą i końcem świata, zaczęły się do nas zbliżać, a nawet przeganiać. Przez to najwierniejsi kibice mogą potencjalnie oglądać zmagania swoich wybrańców kilka razy więcej, bo jeżeli liczyć np. na fazę grupową Pucharu UEFA, to droga do niej wydłuża się z roku na rok. Właściwie nie do końca, bo obecnie jest już najdłuższa z możliwych. Żeby się do grupy dostać, tegoroczni reprezentanci - Lech i Legia muszą zwycięsko wyjść z dwumeczów w dwóch rundach kwalifikacyjnych i pierwszej rundzie zasadniczej. W sumie 6 meczów, zanim rozpocznie się gra o coś, z zespołami, które mają znaczenie w europejskiej hierarchii. Tylko dlaczego mamy żądać meczów z drużynami z wyższej półki, skoro nawet nie zbliżamy się do ich poziomu?

Droga pełna przeszkód, to efekt kilku lat zastoju, który wreszcie musi się skończyć. Przełom w sezonie 2008/09? Brzmi nieźle. Niestety, pierwsze oznaki, że kilkuletni zwyczaj może dzięki szczerej chęci zamienić się w tradycję, dała Cracovia. W tabeli ligowej sezonu 2007/08 - siódma drużyna. Jak niewiele to znaczy, choćby dla białoruskiego Szachtiora Soligorsk pokazała I runda Pucharu Intertoto. Wyniki meczów - 1:2 i 0:3. Inna sprawa, że siódma drużyna nie znalazła się w preeliminacjach do Pucharu UEFA za dobrą grę, tylko ze względu na bałagan w polskiej lidze. Korupcja, likwidacje, przenosiny, awanse, spadki. Dlatego o swojej szansie Krakowianie dowiedzieli się w końcu maja.

Szansa szybko stała się częścią historii walki PZPN z samym sobą. Cracovia przez miesiąc była zapewniana, że tę szansę otrzyma i tak się stało, podczas gdy Znicz Pruszków kilka dni był w Ekstraklasie, ale po korektach decyzji miejsce uciekło. Ale tak naprawdę, jako zwolennika tego, co dzieje się na boisku, a nie w komisjach związku, przestało mnie to interesować. Mocy sprawczej dotyczącej naprawy sytuacji ja ani ten blog nie ma, wróciłem więc do obserwacji tego, jak radzą sobie sami piłkarze.

Lech Poznań, który w sparingach imponował, miejsce w pucharach wywalczył sam i ma chrapkę na mistrzostwo Polski wybrał się do Baku w Azerbejdżanie. Przyzwoita gra dała zwycięstwo 1:0. Pocieszające jest to, że widoczna była różnica klasy pomiędzy Poznaniakami, a drużyną Chazara, co oznacza, że nie jesteśmy jeszcze na samym dnie. Pomimo, że nazwa przeciwnika nie robi na nikim w Europie szczególnego wrażenia, Lech zagrał z determinacją. Oby tak dalej, bo do fazy grupowej nadal daleko.

Ostatnie widoczne osiągnięcia naszych drużyn w Europie, to serie Wisły Kraków i Groclinu Grodzisk w Pucharze UEFA. Groclinu już nie ma. Kiedy Wisły po fatalnym sezonie 2006/07 też zabrakło, polska piłka zostawiła w zeszłorocznych rozgrywkach jeden ślad - zadymę w Wilnie. Dotąd nie udało się ustalić, czyj występ przyniósł większy wstyd na murawie stadionu Vetry - piłkarzy przed przerwą czy bandytów w przerwie. Konsekwencje tych wydarzeń widoczne są i dzisiaj, kiedy Legioniści podejmują Białorusinów z FC Homel na Łazienkowskiej przy biernym udziale kibiców na Żylecie. Sama gra w pierwszej połowie prezentowała się na podobnym poziomie jak rok temu. Druga połowa przyniosła regres i obawy przed rewanżem. Klub ponawia stare grzechy - kadra jest wąska, co widać już u progu sezonu. Niekończący się konflikt zarządu z kibicami także nie ułatwia skupienia się na futbolu.

Niestety, ale moja niechęć do taplania się w błocie i zignorowanie atmosfery wokół piłki ligowej w Polsce, nie oznacza, że nie jest to czynnik, który nie wpływa na piękną grę. Wręcz przeciwnie. Organizacja i administracja klubowa jest teraz wyjątkowo istotna i nie ma sukcesu na boisku bez odpowiednich działań zarządu i podległych im struktur. Ta prawidłowość sprawdza się patrząc na rozgrywki wewnętrzne, gdzie ostatni sezon należał do Wisły, Legii, Groclinu i Lecha, które wyróżniają się budżetem i stabilnością. Cechy, które na polskim podwórku należą do atutów tych klubów, w konfrontacji z zagranicznymi przeciętniakami przestają nimi być. Okazuje się wtedy, że pieniędzy jest za mało, a europejski poziom zarządzania to nadal niedościgniony ideał, o którym można poczytać w książce albo zobaczyć jego elementy w telewizji.

I chociaż bardzo bym chciał, żeby Lech i Legia zdobyły przynajmniej 3-4 punkty w fazie grupowej Pucharu UEFA i wierzę rokrocznie w awans mistrza Polski tam, gdzie jego miejsce (do Ligi Mistrzów), to jestem świadomy, że realistycznie mogę liczyć na spełnienie góra jednego z tych założeń. Aby jednocześnie udało się dwóm lub trzem drużynom potrzeba ciągłości i jakości. Co gorsze nawet jednego sukcesiku samo szczęście nie zagwarantuje.

Jak nisko upadły oczekiwania kibiców i środowiska piłkarskiego podkreśla wypowiedź trenera Legii Jana Urbana tuż po bezbramkowo zremisowanym meczu.

- Czy można znaleźć w grze Legii pozytywy?
- Oczywiście, drużyna wyglądała fizycznie lepiej niż się mogłem tego spodziewać.

W tym tkwi problem. Zaczynamy radować się rzeczami tak błahymi, że bliżej nam do filozoficznej i poetyckiej pochwały życia niż do wyciągania wniosków i wymagania od siebie postępów. Kiedy Jan Urban cieszy się dobrą kondycją zawodowych sportowców, Niemcy lamentują nad przegranym z Hiszpanią finałem Mistrzostw Europy. Każdy zna powiedzenie, że nie należy spoczywać na laurach. Tym bardziej nie powinno się rezygnować widząc laury na czyjejś szyi z trybun i to przez lornetkę.

Minimalizm nie jest obcy mistrzom sportu, ale używają go tylko wtedy, gdy zmuszeni są mówić o swoich zaletach. Kiedy planują cele zawodowe zawsze sięgają wyżej. Niemcy zbudowali na tym przekonaniu wiele drużyn w różnych dyscyplinach. W Polsce takie podejście jest widoczne przede wszystkim u sportowców indywidualnych - Małysza, Radwańskiej, Kubicy. O wartości drużyny musi być pewna przynajmniej jedna osoba, która przekona co do tego całą załogę. Tą osobą zazwyczaj jest trener, pewnego rodzaju Mistrz. Występ Legii sugeruje, co się dzieje, kiedy Mistrz nabiera wątpliwości.