wtorek, 26 lutego 2008

Zdyskwalifikować? A może rozstrzelać?

Kontuzja Eduardo odniesiona w sobotnim meczu angielskiej Premier League pomiędzy Birmingham i Arsenalem okazała się wdzięczną pożywką dla dziennikarzy z wielu krajów. Najbardziej sytuacja z drugiej minuty meczu zainteresowała, rzecz jasna, kibiców w Anglii i Chorwacji, ale i w Polsce pisało i pisze się o zdarzeniu wiele. Faktem jest, że na boisku kontuzje zdarzają się w miarę często, ale rzadziej bywają tak "efektowne".

Ten blog nie ma ambicji zbawiania świata, ale też staram się przedstawić na nim futbol w ujęciu trochę szerszym niż polskie i angielskie gazety i serwisy internetowe. Tym razem nie udało mi się jednak uniknąć tematu, głównie ze względu na bzdury, które docierają z różnych stron. Wybuch histerii zapoczątkował Arsene Wenger, który w pomeczowym wywiadzie stwierdził, że Martin Taylor powinien za swoje wykroczenie być dożywotnio usunięty z futbolu. Menedżera Arsenalu można jednak zrozumieć. Jego opinia była bardzo emocjonalna, nieprzemyślana, co potwierdził wieczornym oświadczeniem, w którym złagodził stanowisko. W ankiecie chorwackiego dziennika Večernji list początkowa opinia Wengera znalazła jednak oparcie. Aż 40% głosujących stwierdziło, że Taylor z boisk powinien zniknąć raz na zawsze. Ale dla nich też można znaleźć wytłumaczenie - to najbardziej poszkodowana grupa kibiców oprócz sympatyków Kanonierów. Może nawet najbardziej, bo w klubie, gdzie gra się co tydzień łatwiej znaleźć zastępców niż na poziomie reprezentacyjnym, kiedy do EURO pozostało trzy i pół miesiąca i najwyżej kilka meczów towarzyskich.

Oczywiście, najbardziej poszkodowany w starciu jest sam Eduardo, który będzie pauzował, według różnych źródeł, od 9 do 12 miesięcy. Ważniejsze jest jednak pytanie, czy Martin Taylor jest prawdziwym winowajcą? Prawda, po jego wślizgu doszło do nieszczęśliwego zdarzenia. I to właśnie słowo-klucz "nieszczęśliwe" wskazuje na właściwy odbiór zjawiska. W Sportowym wieczorze TVP napastnik Polonii Warszawa Radosław Gilewicz i były obrońca Legii Warszawa i reprezentacji Polski Marek Jóźwiak twierdzili uparcie, że wślizg był brutalny (czyli został wykonany w celu dokonania uszczerbku na zdrowiu Eduardo). Nic z tych rzeczy. Mam poważne wątpliwości, czy Martin Taylor zasłużył sobie nawet na czerwoną kartkę. Sędzia prawdopodobnie podjął decyzję dopiero po tym, gdy się przekonał, jakie były skutki zagrania. Inna sprawa, że jeśli obrońca pozostałby na boisku z żółtą kartką, nie byłby raczej w stanie kontynuować grę. Taylor wyglądał na tak samo zaskoczonego przebiegiem sytuacji jak inni gracze. Jeżeli naprawdę chciał wyrządzić przeciwnikowi krzywdę, a przed kamerami zareagował w ten sposób, to w sobotnie popołudnie nie powinien wybiec na murawę St Andrew's w Birmingham, tylko szykować mowę dziękczynną przed niedzielnym rozdaniem statuetek Oskara w Kodak Theatre w Hollywood.

Wracając do wypowiedzi kibiców. Przeglądając fora internetowe, głosów o solidną karę dla Taylora było więcej. Tutaj uspokoili mnie jednak panowie Gilewicz i Jóźwiak, którzy stwierdzili, że faul jest faulem i Eduardo nie powinien się spotykać się ze sprawcą w sądzie. Stworzyłoby to niebezpieczny precedens, po którym obrońcy obawialiby się, czy zaatakować rywala czy też lepiej pozostawić go w spokoju i uniknąć grzywny lub aresztu (sic!). Wszystko się zgadza, tylko dlaczego przyszedł komuś do głowy pomysł o wytaczanie procesu? Jak zauważył słusznie Martin Lipton z Daily Mirror w felietonie dla Przeglądu Sportowego, inna sprawa, kiedy przeciwnik zostanie uderzony celowo, bez piłki. Do kryminału w takim razie pasuje już lepiej osławione starcie Zidane'a z Materazzim, które zakończyło się jednak polubownie.

Jeżeli jesteśmy już przy Materazzim, to na surowe kary zasługują właśnie gracze jego pokroju. W internecie np. na serwisie YouTube po wpisaniu nazwiska piłkarza Interu Mediolan i reprezentacji Włoch można znaleźć równie dużo ważnych, nietypowych bramek (nie zawsze dla swojej drużyny) jak i skandalicznych, złośliwych faulów. Marco Materazzi nie jest przypadkiem odosobnionym. W ramach rozgrywek Premier League dochodzi co 2-3 tygodnie do zagrania, które powinno być surowo ukarane. Mowa o atakach, które potencjalnie mogą wyrządzić rywalowi krzywdę gorszą niż złamanie, ale szczęśliwie do tego nie dochodzi. Mało tego, nawet oprawca potrafi uniknąć konsekwencji swojego nieodpowiedzialnego zachowania. Ilustracją tego typu sytuacji z ostatnich tygodni jest wejście Robertha Hutha korkiem prosto w brzuch Michaela Bouldinga w meczu Pucharu Anglii Mansfield - Middlesbrough. Wyglądało fatalnie, skończyło się na zółtej kartce. Ze względu na niskie zainteresowanie meczem, incydent w mediach praktycznie przemilczano. A do takich zdarzeń dochodzi częściej. Jednym z najgłośniejszych w Anglii był atak Roya Keane'a na Alfa Inge Haalanda w derbach Manchesteru w kwietniu 2001. W autobiografii wydanej w 2002 roku Keane przyznał, że uczynił to z premedytacją. Był to rewanż za atak Haalanda w 1997 roku. Kara? 5 meczów zawieszenia i 150 tysięcy funtów grzywny.



W tym świetle nic dziwnego, że Martinowi Taylorowi grozi zawieszenie na trzy mecze i nic więcej. Organy futbolu i nie tylko futbolu rozróżniają przypadki ataku celowego i niezamierzonego. Wydaje się oczywiste, że zawodnika nie można oceniać tylko przez pryzmat skutków jego działań. Tym bardziej, że sprowadzony przez Steve'a Bruce'a z Blackburn obrońca miał dotąd czystą kartotekę. A nawoływania niektórych kibiców do dyskwalifikacji, w sensie formalnym niewiele różnią się od olbrzymiej fali krytyki, która spadła na Andrésa Escobara po jego golu samobójczym w Mistrzostwach Świata 1994 w USA. Różnica polega na tym, że sprawa Taylora z pewnością zniknie w ciągu kilku dni z czołówek gazet, w przypadku Kolumbijczyka skończyło się na zabójstwie w niejasnych okolicznościach. Nawet wśród piłkarskich kibiców ważne jest czasami chłodne spojrzenie, dystans, brak emocji.

wtorek, 12 lutego 2008

Ostateczna rozprawa z Niezbędnym Rezerwowym

Jerzy Dudek udzielił Gazecie Wyborczej wywiadu, który mnie poruszył. Nie, Jurek nie opowiadał w nim o swojej niedoli w Madrycie (przynajmniej nie wspominał o niej w co drugim zdaniu). W spokoju zostawił nawet trenera Beniteza, który próbował zniszczyć go w Liverpoolu. Łatwo się domyślić, że tym razem nie wzbudził we mnie współczucia. Ba, nie wzbudzał go nawet podczas mrocznego epizodu w Anglii, kiedy odbierał skromne kilkadziesiąt tysięcy funtów tygodniowo za trenowanie z pierwszym zespołem. Ale nie dlatego, że go nie lubię, bo to sympatyczny człowiek (tak przynajmniej prezentuje się w telewizji). Po prostu lubi znajdować się w centrum zainteresowania. Dąży do tego poprzez częste udzielanie wypowiedzi dla mediów. Z niektórymi z nich nie wypada się zgodzić. Wywiad dla Gazety dostarczył mi przynajmniej trzy argumenty na potwierdzenie tezy.

1.

Pana zdanie o Tomaszu Kuszczaku.

Bardzo dobry na linii, pewny, zwinny. Ale proszę policzyć, ile razy i gdzie on był numerem 1? Ile meczów zagrał w podstawowej jedenastce? Wyjdzie mało. Żeby nie było - też jestem w najlepszym klubie świata, ale czy z tego powodu mam prawo myśleć o wyjeździe na Euro? W tym momencie - nie.

W dalszych zdaniach Dudek mówi o pozostałych bramkarzach typowanych do wyjazdu na Euro, ale na końcu jeszcze raz wspomina o swoim ulubieńcu:

Z punktu widzenia Tomka to przykre [że jest poza trójką w kadrze - przyp. sportsmen], bo grając w wielkim klubie, można myśleć, że coś należy się z urzędu.

Dudek potraktował pytanie redaktora najwyraźniej bardzo poważnie, bo o Kuszczaku faktycznie było "zdanie". Resztę odbieram jako próbę samousprawiedliwienia. Pytanie o to, "ile razy i gdzie był numerem 1" zadaje człowiek, który oprócz naprawdę nielicznych przypadków ostatnie 2,5 roku przesiedział na ławce rezerwowych. I wprawdzie w wywiadzie samokrytycznie stwierdza, że miejsce w kadrze mu się obecnie nie należy, ale kiedy Beenhakker powołał i wystawił go, mimo kłopotów w klubie, w meczu z Finlandią na początku eliminacji nie miał do nikogo pretensji. Kuszczak faktycznie nie gra tak często jak tego oczekuje, ale tylko w bieżącym sezonie bronił w tylu meczach, w ilu Dudek nie dostał okazji od maja 2005. Ponadto bramkarz Realu porównuje się do Kuszczaka, chociaż nie ma do tego moralnego prawa. Obu piłkarzy łączy wyłącznie przynależność do wielkich klubów. Dzieli ich faza rozwoju kariery i rola w zespole. Kuszczak powoli pnie się po drabinie w górę - Ferguson coraz częściej liczy właśnie na niego, Dudek z niej spadł - odgrywa rolę rezerwowego i liczy na anioła stróża, który wniesie go z powrotem na górę bez korzystania z drabiny. Ostatnie zdanie to prawdziwa eksplozja żalu. "Wielki klub" i "należność z urzędu" - czy to nie słowa, które przypominają sytuację Dudka przed mundialem w Niemczech? Sposób, w jaki sprawę załatwił Paweł Janas był oczywiście nieelegancki, wręcz najgorszy z możliwych, ale Dudek zarzucił selekcjonerowi, że o jego wyborze nie zadecydowały względy sportowe. Moim zdaniem o decyzji takiego formatu mogły zadecydować TYLKO względy sportowe (i prawdopodobnie zadecydowały). Nie jestem psychologiem, ale w wypowiedziach Jurka wyczuwam nutkę zazdrości. Zdobył on w swojej karierze wiele trofeów, tytułów, których nikt mu nie odbierze. Ale może właśnie w Kuszczaku widzi zagrożenie (tzn. osobę, która nieco przyćmi jego legendę)? W odpowiedzi na inne pytanie twierdzi, że Tomek nie jest w stanie (przez swoją nadmierną ambicję) zepsuć atmosfery w kadrze. Ale czy deprocjonowanie czyjegoś wpływu nawet w takim aspekcie nie jest sposobem na pomniejszanie ogólnej przydatności Kuszczaka dla kadry? Jako bramkarza nr 2 w reprezentacji Dudek wytypował Wojciecha Kowalskiego.

Jurku, jeżeli czytasz te słowa, odpowiedz: Ile razy i gdzie on był numerem 1?

2.

Zapytaliśmy niedawno selekcjonera o polskich bramkarzy. O panu, Borucu, Kowalewskim i Fabiańskim mówił sporo. O Kuszczaku - jedno zdanie...

W naszej kadrze, i to na każdej pozycji, nie ma ludzi niezastąpionych. Jeśli niezastąpieni w ogóle są, to może w Realu. Na poziomie naszej kadry - nie ma. No, chyba, że wypadnie sześciu, wtedy jest problem. Jeśli jeden-dwóch - nie ma znaczenia. To się tyczy również bramkarzy. Jakieś podłoże tych słów Beenhakkera musi jednak być. Tomek nie ma szans być numerem 1.

Zacznę od końca, bo tutaj się akurat z Jurkiem zgadzam. Artur Boruc zbyt długo przygotowywany jest do głównej roli, żeby teraz odesłać go na drugi plan. Zresztą swoją grą nie daje ku temu podstaw. Co do kwestii ludzi niezastąpionych, można patrzeć szerzej. Bo z jednej strony po Olisadebe ciężar strzelania bramek wzięli na siebie Żurawski i Frankowski, a następnie "pojawił się" Smolarek. Tylko, że zastępców dla Krzynówka i Bąka nie znaleźliśmy. Są to gracze, którzy w kadrze trzymają poziom gry i ciężko znaleźć ważne zwycięstwo w ostatnich latach, do którego doszliśmy bez ich udziału. Załóżmy, że to z nich składa się ten tajemniczy "jeden-dwóch"... Ale tutaj też widzę usprawiedliwienie - "nikt nie jest niezastąpiony, nawet ja". No i oczywiście: gdzie mogą być niezastąpieni? Tylko i wyłącznie w Realu (ewentualnie przed rokiem w Liverpoolu). Przy okazji chciałem podziękować Leo Beenhakkerowi za wypowiedź i redaktorom "Gazety" za dociekliwość. Z kilku słów selekcjonera potrafili "wyczarować" serię artykułów na temat obsady bramki na Euro.

3.

Odejdzie pan w czerwcu z Madrytu?

Przyszłość rysuje się tak różowo, że chyba zostanę na kilka lat.

Sprzedają Casillasa?

Nie. Chcą mu zaproponować kontrakt dożywotni. [...] Przyjechałem do Madrytu po naukę. Uczę się wielkiego klubu, chłonę piłkarski Hollywood od środka. Zimą miałem świetną ofertę, nie powiem skąd. Real nie chciał jednak słyszeć o transferze czy wypożyczeniu. Może dlatego trener Beenhakker w ogóle o mnie wspomniał, bo w Europie wciąż mnie cenią? Niegranie w piłkę mnie nie cieszy, ale przyszłość zapowiada się dobrze.

Nie ma tutaj potrzeby, żebym wyrażał własną opinię. Po prostu przypomnę, ile czasu bohater tego tekstu narzekał na "grzanie" ławki rezerwowych w Liverpoolu i to, że po wygaśnięciu kontraktu z klubem z Merseyside udał się do Realu, gdzie Casillas ma jeszcze mocniejszą pozycję niż Reina w poprzednim klubie. Warta wzmianki jest także wypowiedź dla hiszpańskiej Marki z 5 grudnia 2007:

Gdybym miał 26, to nigdy bym nie odszedł z Realu Madryt, ale sporo się zmieniło od czasu kiedy Polska awansowała pierwszy raz do finałów Mistrzostw Europy. Dostałem jasne zadanie od trenera Beenhakkera. Jeżeli chcę grać na Euro 2008 muszę znaleźć klub.

Od siebie dodam tylko, że chciałbym, żeby Jurek tak samo szczerze jak o Tomku Kuszczaku, wypowiadał się o swoich planach. Ciągle słyszymy o jego ambicji, chęci gry, a jak jest każdy widzi. Kiedy dostał okazję na zmianę sytuacji, najzwyczajniej w świecie ją zignorował. I wierzę mu, że zimą dostał świetną ofertę, ale jeszcze bardziej przemawiają do mnie słowa, że zostanie w Realu. Pomimo, że nie mam wpływu na jego decyzję, to jestem pewien, że jeżeli otrzyma ofertę przedłużenia kontraktu (i bycia rezerwowym) z Realu i ofertę gry w przeciętnym klubie europejskim, to bez mrugnięcia okiem wybierze pierwszą opcję. I po raz kolejny dowiemy się, że Dudek nie chce wcale spokojnego życia w ciepłym kraju, tylko "Real go potrzebuje". I pozostaje wierzyć, że tak jest rzeczywiście, bo niestety, ale golkiperem numer 1 w mocnej ekipie Dudek już nie będzie.

Na koniec: pomimo rzekomych zgrzytów na linii Beenhakker-Kuszczak, będę ostatnią osobą, która się zdziwi, kiedy bramkarz United będzie pakował walizkę przed rozpoczęciem Euro. Ambicja naprawdę nie jest największą wadą zawodowego piłkarza. I wcale nie przeszkadza mi, że inne zdanie w tej materii prezentuje Jurek.

środa, 6 lutego 2008

6 lutego 1958, 16:04
















50 lat temu w katastrofie lotniczej w pobliżu Monachium zginęły 23 osoby. Wśród nich ośmiu piłkarzy Manchesteru United. Dzisiaj hołd ofiarom oddają ocaleni, kibice i piłkarze na Old Trafford, ludzie zgromadzeni na stadionie Wembley podczas meczu Anglia - Szwajcaria, młodzi adepci Bayernu Monachium w miejscu katastrofy i cały świat futbolu.