Kontuzja Eduardo odniesiona w sobotnim meczu angielskiej Premier League pomiędzy Birmingham i Arsenalem okazała się wdzięczną pożywką dla dziennikarzy z wielu krajów. Najbardziej sytuacja z drugiej minuty meczu zainteresowała, rzecz jasna, kibiców w Anglii i Chorwacji, ale i w Polsce pisało i pisze się o zdarzeniu wiele. Faktem jest, że na boisku kontuzje zdarzają się w miarę często, ale rzadziej bywają tak "efektowne".Ten blog nie ma ambicji zbawiania świata, ale też staram się przedstawić na nim futbol w ujęciu trochę szerszym niż polskie i angielskie gazety i serwisy internetowe. Tym razem nie udało mi się jednak uniknąć tematu, głównie ze względu na bzdury, które docierają z różnych stron. Wybuch histerii zapoczątkował Arsene Wenger, który w pomeczowym wywiadzie stwierdził, że Martin Taylor powinien za swoje wykroczenie być dożywotnio usunięty z futbolu. Menedżera Arsenalu można jednak zrozumieć. Jego opinia była bardzo emocjonalna, nieprzemyślana, co potwierdził wieczornym oświadczeniem, w którym złagodził stanowisko. W ankiecie chorwackiego dziennika Večernji list początkowa opinia Wengera znalazła jednak oparcie. Aż 40% głosujących stwierdziło, że Taylor z boisk powinien zniknąć raz na zawsze. Ale dla nich też można znaleźć wytłumaczenie - to najbardziej poszkodowana grupa kibiców oprócz sympatyków Kanonierów. Może nawet najbardziej, bo w klubie, gdzie gra się co tydzień łatwiej znaleźć zastępców niż na poziomie reprezentacyjnym, kiedy do EURO pozostało trzy i pół miesiąca i najwyżej kilka meczów towarzyskich.
Oczywiście, najbardziej poszkodowany w starciu jest sam Eduardo, który będzie pauzował, według różnych źródeł, od 9 do 12 miesięcy. Ważniejsze jest jednak pytanie, czy Martin Taylor jest prawdziwym winowajcą? Prawda, po jego wślizgu doszło do nieszczęśliwego zdarzenia. I to właśnie słowo-klucz "nieszczęśliwe" wskazuje na właściwy odbiór zjawiska. W Sportowym wieczorze TVP napastnik Polonii Warszawa Radosław Gilewicz i były obrońca Legii Warszawa i reprezentacji Polski Marek Jóźwiak twierdzili uparcie, że wślizg był brutalny (czyli został wykonany w celu dokonania uszczerbku na zdrowiu Eduardo). Nic z tych rzeczy. Mam poważne wątpliwości, czy Martin Taylor zasłużył sobie nawet na czerwoną kartkę. Sędzia prawdopodobnie podjął decyzję dopiero po tym, gdy się przekonał, jakie były skutki zagrania. Inna sprawa, że jeśli obrońca pozostałby na boisku z żółtą kartką, nie byłby raczej w stanie kontynuować grę. Taylor wyglądał na tak samo zaskoczonego przebiegiem sytuacji jak inni gracze. Jeżeli naprawdę chciał wyrządzić przeciwnikowi krzywdę, a przed kamerami zareagował w ten sposób, to w sobotnie popołudnie nie powinien wybiec na murawę St Andrew's w Birmingham, tylko szykować mowę dziękczynną przed niedzielnym rozdaniem statuetek Oskara w Kodak Theatre w Hollywood.Wracając do wypowiedzi kibiców. Przeglądając fora internetowe, głosów o solidną karę dla Taylora było więcej. Tutaj uspokoili mnie jednak panowie Gilewicz i Jóźwiak, którzy stwierdzili, że faul jest faulem i Eduardo nie powinien się spotykać się ze sprawcą w sądzie. Stworzyłoby to niebezpieczny precedens, po którym obrońcy obawialiby się, czy zaatakować rywala czy też lepiej pozostawić go w spokoju i uniknąć grzywny lub aresztu (sic!). Wszystko się zgadza, tylko dlaczego przyszedł komuś do głowy pomysł o wytaczanie procesu? Jak zauważył słusznie Martin Lipton z Daily Mirror w felietonie dla Przeglądu Sportowego, inna sprawa, kiedy przeciwnik zostanie uderzony celowo, bez piłki. Do kryminału w takim razie pasuje już lepiej osławione starcie Zidane'a z Materazzim, które zakończyło się jednak polubownie.
Jeżeli jesteśmy już przy Materazzim, to na surowe kary zasługują właśnie gracze jego pokroju. W internecie np. na serwisie YouTube po wpisaniu nazwiska piłkarza Interu Mediolan i reprezentacji Włoch można znaleźć równie dużo ważnych, nietypowych bramek (nie zawsze dla swojej drużyny) jak i skandalicznych, złośliwych faulów. Marco Materazzi nie jest przypadkiem odosobnionym. W ramach rozgrywek Premier League dochodzi co 2-3 tygodnie do zagrania, które powinno być surowo ukarane. Mowa o atakach, które potencjalnie mogą wyrządzić rywalowi krzywdę gorszą niż złamanie, ale szczęśliwie do tego nie dochodzi. Mało tego, nawet oprawca potrafi uniknąć konsekwencji swojego nieodpowiedzialnego zachowania. Ilustracją tego typu sytuacji z ostatnich tygodni jest wejście Robertha Hutha korkiem prosto w brzuch Michaela Bouldinga w meczu Pucharu Anglii Mansfield - Middlesbrough. Wyglądało fatalnie, skończyło się na zółtej kartce. Ze względu na niskie zainteresowanie meczem, incydent w mediach praktycznie przemilczano. A do takich zdarzeń dochodzi częściej. Jednym z najgłośniejszych w Anglii był atak Roya Keane'a na Alfa Inge Haalanda w derbach Manchesteru w kwietniu 2001. W autobiografii wydanej w 2002 roku Keane przyznał, że uczynił to z premedytacją. Był to rewanż za atak Haalanda w 1997 roku. Kara? 5 meczów zawieszenia i 150 tysięcy funtów grzywny.
W tym świetle nic dziwnego, że Martinowi Taylorowi grozi zawieszenie na trzy mecze i nic więcej. Organy futbolu i nie tylko futbolu rozróżniają przypadki ataku celowego i niezamierzonego. Wydaje się oczywiste, że zawodnika nie można oceniać tylko przez pryzmat skutków jego działań. Tym bardziej, że sprowadzony przez Steve'a Bruce'a z Blackburn obrońca miał dotąd czystą kartotekę. A nawoływania niektórych kibiców do dyskwalifikacji, w sensie formalnym niewiele różnią się od olbrzymiej fali krytyki, która spadła na Andrésa Escobara po jego golu samobójczym w Mistrzostwach Świata 1994 w USA. Różnica polega na tym, że sprawa Taylora z pewnością zniknie w ciągu kilku dni z czołówek gazet, w przypadku Kolumbijczyka skończyło się na zabójstwie w niejasnych okolicznościach. Nawet wśród piłkarskich kibiców ważne jest czasami chłodne spojrzenie, dystans, brak emocji.