niedziela, 25 listopada 2007

Losowanie grup eliminacyjnych do MŚ 2010

Dzisiaj, tj. 25 listopada 2007, odbędzie się losowanie grup eliminacyjnych do Mistrzostw Świata 2010, które odbędą się w Republice Południowej Afryki. Proces przydziału do poszczególnych koszyków odbył się na podstawie rankingu FIFA. Nasza reprezentacja znalazła się w drugim koszyku razem z Anglią, Rumunią, Szkocją, Turcją, Bułgarią, Rosją, Szwecją oraz Izraelem. Drużyny z Europy zostaną podzielone na osiem grup 6-zespołowych i jedną grupę 5-zespołową. Bezpośrednio do finałów awansują zwycięzcy, a ośmiu najlepszych wicemistrzów utworzy cztery pary barażowe, których triumfatorzy pojadą na Mundial.

Oto podział na koszyki:

Koszyk 1: Włochy, Hiszpania, Niemcy, Czechy, Francja, Portugalia, Holandia, Chorwacja, Grecja

Koszyk 2: Anglia, Rumunia, Szkocja, Turcja, Bułgaria, Rosja, POLSKA, Szwecja, Izrael

Koszyk 3: Norwegia, Ukraina, Serbia, Dania, Irlandia Północna, Irlandia, Finlandia, Szwajcaria, Belgia

Koszyk 4: Słowacja, Bośnia i Hercegowina, Węgry, Mołdawia, Walia, Macedonia, Białoruś, Litwa, Cypr

Koszyk 5: Gruzja, Albania, Słowenia, Łotwa, Islandia, Armenia, Austria, Kazachstan, Azerbejdżan

Koszyk 6: Liechtenstein, Estonia, Malta, Luksemburg, Czarnogóra, Andora, Wyspy Owcze, San Marino.

Z punktu widzenia chęci awansu na Mundial w 2010 roku z pierwszego koszyka najlepiej trafić na kogoś z trójki: Czechy, Chorwacja i Grecja. Reszta zespołów należy do ścisłej światowej czołówki. Z trzecim koszyku wolałbym uniknąć konfrontacji z Ukrainą, Danią, Serbią bądź Szwajcarią. Wydaje się, że idealnym rywalem jest Irlandia Północna. To zespół, który sprawił sporą niespodziankę podczas ostatnich eliminacji, ale mimo wszystko jego forma zależna jest w dużej mierze od dyspozycji Davida Healy’ego. W czwartym koszyku nie ma drużyn, których powinniśmy się obawiać, choć najłatwiejszym rywalem wydaje się Mołdawia. Jeśli chodzi o dwa ostatnie koszyki, to najlepiej byłoby uniknąć dalekich podróży do Kazachstanu, Armenii czy Gruzji. Ciekawym rywalem może być Czarnogóra, dla której eliminacje do Mundialu w RPA będą debiutem w walce o punkty.

Mój typ:

1. Czechy
2. Polska
3. Irlandia Północna
4. Mołdawia
5. Łotwa
6. Czarnogóra


Z tyłu fotela (sportsmen)

Jakie losowanie zadowoli polskich kibiców (ze względu na atrakcyjność i wyniki)?

Zaczynając od końca:

Koszyk 6
San Marino - 57 goli straconych w 12 meczach eliminacji do Euro 2008 (średnia: 4,75 bramki na mecz). Liczby mówią wszystko - statystyka wskazuje, że polska reprezentacja będzie w stanie (jako przeciętna drużyna) wbić ekipie z Najjaśniejszej Republiki w dwumeczu 10 bramek. Kibice będą mieli satysfakcję, a piłkarze nie będą musieli "męczyć" zwycięstwa. Minusy? Trudno będzie o pobicie rekordu Niemców (0:13 we wrześniu 2006), czyli zachodni sąsiedzi jak zwykle wypadną lepiej.

Koszyk 5
Austria - długo bez meczu o stawkę, jeszcze dłużej w kryzysie. Piłkarze i kibice nie będą narzekali, że muszą podróżować na kraniec świata. Możliwy stanowczy opór przeciwników, ale również i komplet punktów. Na dzień 25 listopada 2007 roku - rywal marzenie. Zagadką jest, czy występ przed własną publicznością na Euro pozwoli Austriakom na odrodzenie czy spowoduje ugrzęźnięcie na dnie.

Koszyk 4
Walia - byli szczęśliwi w eliminacjach 2002 i 2006, dlaczego inaczej miałoby być w 2010? W 4 ostatnich meczach uzyskaliśmy przeciwko nim 10 pkt, a każdy był wyrównany i emocjonujący. Liczę na kolejne thrillery i kolejne punkty.

Koszyk 3
Irlandia Północna - drużyny z tego koszyka prezentują już przyzwoitą klasę. Kilka z nich, to nasi lepsi lub gorsi znajomi. Metodą eliminacji doszedłem do Irlandii Północnej, która wzmocniła swoję pozycję, ma króla strzelców eliminacji Euro 2008 (David Healy), ale ostatnio nie robiła problemów z dotowania polskiej reprezentacji.

Koszyk 2
Szkoda, że nie będziemy mieli okazji powalczyć z Anglikami lub Szwedami. Mamy z nimi rachunki do wyrównania i zawsze warto się dowiedzieć, czy zrobiliśmy krok do przodu, a może upiory przeszłości przedłużyły swój żywot na teraźniejszość.

Koszyk 1
Czechy - towarzystwo doborowe, a wśród nich sąsiędzi. W ostatnich latach kilka razy zdołali upokorzyć Niemców (ostatni raz miesiąc temu), a nie było okazji ku zrewidowaniu hierarchii w innych relacjach ponadgranicznych. Mecze z podtekstami, coś nowego, a Polacy nie bez szans. Kandydatura godna rozważenia.

Podsumowanie:

1. Czechy
2. Polska
3. Irlandia Północna
4. Walia
5. Austria
6. San Marino

Jak widać, po krótkim przeglądzie otrzymałem grupę sąsiedzko-wyspiarską. Aż 3 kandydatury pochodzą z naszej grupy kwalifikacyjnej 2006. Dwie z ekip to kraje sąsiadujące, a z nimi radziliśmy sobie dobrze 4 lata wcześniej. San Marino ma w takim towarzystwie szansę na zejście do ~4 bramek straconych na mecz.

piątek, 23 listopada 2007

Argentyna za pięć dwunasta

Za 3 dni argentyńska Apertura będzie o kolejkę bliżej od rozstrzygnięcia. Tak jest prawie każdego tygodnia, to logiczne. Ten weekend może być jednak przełomowy. Zwycięzca ligi otwarcia będzie znany w przyszłą niedzielę - 2 grudnia. 10 kolejnych dni będzie szczególnie ważnych dla drużyn: Lanús, Boca i Tigre. Właściwie już tylko one mogą liczyć na zwycięstwo w klasyfikacji. Karty w rywalizacji ma szansę rozdawać Argentinos Jr. Juniors zmierzą się jeszcze z dwoma pretendentami do triumfu, zajmują obecnie piąte miejsce w tabeli, 2 punkty za plecami Tigre. Właśnie ekipie z trzeciego miejsca przypisuje się najmniej szans na zdobycie tytuły. Powodów jest kilka. El Matador (Tigre) traci do lidera z prowincji Buenos Aires (Lanús) aż 5 punktów. Jest beniaminkiem i to przez wielkie "B", bo awans do Primera División uzyskał po 27 (!) latach gry w niższych klasach. Po trzecie finisz rozgrywek nie będzie dla podopiecznych Diego Cagny spacerkiem.

Pewnym łupem dla Tygrysów będzie dzisiejszej nocy ekipa Rosario Central, która prawdopodobnie zakończy rozgrywki na ostatnim miejscu. Później schody na szczyt będą już strome i kręte. Tigre podejmie u siebie najbardziej utytułowany (razem z Milanem) klub na świecie - Boca, a następnie czeka na nich wyjazdowa konfrontacja ze wspomnianymi Argentinos. Boca jest poważnym zagrożeniem dla Lanús i tylko 9 "świeżych" punktów pozwoli na coś więcej niż nastraszenie liderów, a Argentinos to typowa drużyna własnego boiska (7 zwycięstw w 9 meczach, 80 procent całości punktów w domu). Tigre może, a nawet powinno zabraknąć doświadczenia. Przed nimi olbrzymie wyzwanie i świadomość, że niepowodzenie w tej części sezonu, może w kolejnych miesiącach zepchnąć ich ambicje do obrony przed przykrym powrotem do Primera B Nacional.

Przed Bocą oprócz wyjazdu na mecz z beniaminkiem, starcie z niespodziewanymi finalistami Copa Sudamericana (odpowiednik Pucharu UEFA w Ameryce Południowej) - Arsenal de Sarandi (niedziela, 25 listopada) i wielki finał, na La Bombonera 2 grudnia przyjeżdżają Lanus. Pojedynek, który w zależności od wyników wcześniejszych meczów może zadecydować o tytule, zamknie rozgrywki dla obu drużyn. Jest on jednak wpisany do terminarza 18. kolejki. Skąd ta różnica? Po prostu 19. runda zostanie rozegrana w środku tygodnia, rozdzielając 17. i 18. serię. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie. Na początek grudnia przypadają w tym roku Klubowe Mistrzostwa Świata FIFA, w których zwycięzca Copa Libertadores 2007 - Boca Juniors reprezentuje Amerykę Południową. Zdobywcy Pucharu Wyzwolicieli otrzymali w związku z tym od miejscowej federacji (AFA) przywilej przełożenia dowolnego spotkania. Wybór padł na spotkanie z Tigre, które przesunięto z 9 grudnia na 28 listopada. Lanús nie chciał być traktowany inaczej niż Boca i wynegocjował przeniesienie konfrontacji z Gimnasia La Plata.

Teoria jest łaskawa dla liderów. Pozwala im śmiało myśleć o tytule. Na drodze stoi już tylko praktyka. Czy to wystarczająca przeszkoda? Goście na La Fortaleza nie powinni stawiać oporu. Argentinos zdobyli w sezonie poza domem zaledwie 5 punktów, Gimnasia zatrzymała się oczko wyżej. Jeżeli Boca dotrzyma kroku, to w pierwszą niedzielę grudnia wystarczy nie przegrać. I to właściwie jedyny znak zapytania w wyzwaniu klubu z prowincji. Obie drużyny rozegrają dodatkowy mecz o tytuł, jeżeli po 19 meczach zrównają się punktami.

Tymczasem długa podróż do Japonii czeka zespół Miguela Angela Russo na tydzień przed półfinałem międzynarodowego turnieju, czyli 5 grudnia. Boca bez względu na wyniki wróci do Argentyny nie wcześniej niż 17 grudnia, ponad tydzień po kulminacji Apertury. Otwarte jest pytanie, kiedy zostanie rozegrane ewentualne dodatkowe spotkanie. Wiele wskazuje na to, że jeszcze przed odlotem do Azji (4 grudnia to jedyny termin brany pod uwagę w tej opcji).

Czego można oczekiwać od Boci w Tokio i Yokohamie? Wydaje się, że nawet triumfu. Patrząc na wyniki z poprzednich lat, uważanym za najsilniejsze drużynom ze Starego Kontynentu ciężko przychodzi wygrywanie z rywalami z innych kontynentów. Brak motywacji, zmęczenie czy gorsza klasa piłkarska? Przychylam się ku pierwszemu wyznacznikowi. Pomimo olbrzymiej ilości talentów w południowoamerykańskiej piłce i tak wyróżniający się piłkarze wcześniej lub później trafiają do Europy. Zmęczenie byłoby dobrym usprawiedliwieniem, gdyby nie... napięty terminarz w Argentynie, o którym wcześniej pisałem. Liderzy ekip z różnych zakątków świata, mając w perspektywie transfer do bogatszych lig starają się za dwóch, maja przewagę psychologiczną. Dlatego zagadką pozostaje Milan, którego trzon stanowią gracze doświadczeni i utytułowani. Pozostałe drużyny to inny świat. Boca spośród uczestników mistrzostw posiada najlepsze wyważenie 3 czynników: motywacja, przygotowanie fizyczne, umiejętności. W turniejach 2005 i 2006 dwa razy finały gościły reprezentantów Ameryki Południowej i Europy. Dwa razy zdobywcy Ligi Mistrzów UEFA wracali do domu na tarczy. Podobnie może być i tym razem.

Pomimo całej otoczki nie walka o tytuł krajowy ani światowy przyciąga uwagę kibiców Boci. Odżył bowiem temat transferu definytywnego Juana Riquelme. Sytuacja rozgrywającego reprezentacji Argentyny jest zadziwiająca i jednocześnie ekscytująca przynajmniej od półtora roku. Momentem zwrotnym w pełnej sukcesów karierze Romana w Villareal był półfinałowy dwumecz Ligi Mistrzów sezonu 2005/06 przeciwko Arsenalowi. W ostatnich sekundach rewanżowego spotkania Riquelme nie wykorzystał rzutu karnego, który mógł zapewnić Żółtej łodzi podwodnej awans do finału. Kolejny sezon rozpoczął się od kłótni z prezesem i trenerem klubowym, co nie zmieniło się już do samego końca pobytu w Hiszpanii. Roman przestał grać i w lutym br. na mocy pięciomiesięcznego wypożyczenia znalazł się w Buenos Aires. Stanowił wraz z Rodrigo Palacio i Martinem Palermo o sile ataku stołecznego klubu, wybrany na MVP edycji 2007 Copa Libertadores. Uczestniczył w Copa America, gdzie osiągnął z reprezentacją finał, a po powrocie do Hiszpanii... przestał grać, ponownie. Ciężki stan trwa do dzisiaj. Roman gra co kilka tygodni, tylko dla drużyny narodowej. Pomimo braku praktyki meczowej strzelił 4 bramki w 4 meczach. Miłośnicy talentu Riquelme wzdychają i modlą się o poruzmienie, które pozwoli znowu zobaczyć piłkarza akcji w regularnych odstępach czasu (mniejszych niż 2 miesiące). Kilka dni temu o zawarciu ostatecznej umowy było głośno. Kluby znalazły rozwiązanie, potrzebna była tylko zgoda piłkarza. Potrzebna jest nadal, bo Roman wciąż mówi o pieniądzach, które należą mu się z tytułu kontraktu w Villareal. Jak długo potrwa impas? O tym wie tylko piłkarz. Bez chęci do gry, nadal będzie pobierał pensję za treningi w słonecznej prowincji Castellón.

Jaka atmosfera panuje w innym wielkim klubie z Buenos Aires? Wyczekiwania. Wyczekiwania na nowego trenera. River Plate pozostaje kolejny rok bez tytułu na szczeblu seniorskim. Ostatnim z nich była Clausura 2004. Od tego czasu minęło 3,5 roku. Na przerwanie passy liczył w tym sezonie Daniel Passarella. Obiecał, że zrezygnuje z posady, jeśli nie zdobędzie żadnego trofeum w 2007 roku. Słowa dotrzymał, odszedł po przegranym półfinale Copa Sudamericana przeciwko Arsenalowi. W lidze Los Millonarios zajmują siódmą lokatę i nie mają nawet matematycznych szans na zdobycie tytułu. Pracy dla prezesa José Maríi Aguilara odmówiło już dwóch trenerów. Najpierw "nie" powiedział były kapitan reprezentacji Argentyny - Diego Simeone. Znany z cech przywódczych, twardego charakteru 37-letni trener odniósł błyskawiczny sukces. Z Estudiantes sięgnął w 2006 roku po zwycięstwo w Aperturze, a w czasie swojego władania rozgromił i upokorzył (7:0 w derbach) arcyrywali - Gimnasię LP. El Cholo jest nadal trenerem w klubie z La Platy i nie zamierza ryzykować swojej reputacji wśród tamtejszych kibiców przez nagłe odejście. Na posadę nie połakomił się również Ramon Diaz. Jest to decyzja, która wydawała się oczywista, ale w miarę negocjacji kibice zapałali nadzieją, która szybko zgasła. Ramon Diaz był już trenerem River. W 2002 roku po zdobyciu tytułu nie przedłużono z nim kontraktu. Autorem decyzji był aktualny prezes klubu. Panowie nie szczędzili sobie od tego czasu ostrych słów. Aguillar stwierdził nawet, że za jego prezesury noga Diaza więcej w klubie nie stanie i wszystko wskazuje na taki bieg wypadków. Tym razem decyzję podjął trener, a nie jego potencjalny pracodawca. Kibice odczują to podwójnie, gdyż wraz z powrotem Diaza pojawiła się szansa na transfer Andresa D'Allesandro. Zadecydować miała przyjaźń pomiędzy trenerem, a wciąż młodym talentem. Tymczasem ta sama przyjaźń może zadecydować, że D'Allesandro trafi w styczniu do... San Lorenzo. Na stanowisko trenera nie ma obecnie faworyta. Wśród dziennikarzy wymienia się nazwiska: Claudio Borghi, Leonardo Astrada, Omar Labruna i Americo Gallego. Tymczasowo funkcję pełni trener drużyny rezerw - Jorge Gordillo i możliwe, że z braku innych możliwości zostanie tak na dłużej.

niedziela, 18 listopada 2007

Droga na EURO 2008 - przeżyjmy to jeszcze raz

Dzień 17 listopada 2007 roku z pewnością przejdzie do historii jako jeden z najpiękniejszych w dziejach naszej piłki. Polska reprezentacja po raz pierwszy wywalczyła awans do Mistrzostw Europy. Radość tym większa, że w przeszłości nie udało się to takim graczom jak Deyna, Lato, Kasperczak czy Brzychczy. Warto podkreślić, iż awans wywalczyła drużyna bez gwiazd. W każdym meczu na boisku walczyło 11 graczy, którymi dyrygował ojciec sukcesu – Leo Beenhakker. To właśnie głównie dzięki Holendrowi możemy dzisiaj być dumni z naszych Orłów.

Przygoda Don Leo z polską reprezentacją rozpoczęła się 11 lipca 2006 roku. Kilkanaście dni przedtem pracę stracił poprzedni szkoleniowiec – Paweł Janas. Wszyscy kibice w Polsce byli sfrustrowani postawą piłkarzy podczas Mundialu w Niemczech. Każdy oczekiwał rewolucji w kadrze. Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, Michał Listkiewicz zdecydował się powierzyć posadę selekcjonera Leo Beenhakkerowi. Po dokonaniu tego wyboru spora część polskiej myśli szkoleniowej (mam tu na myśli m.in. Jerzego Engela, Antoniego Piechniczka czy Andrzeja Strejlaua) była oburzona. Twierdzili, iż Listkiewicz podjął tę decyzję pod wyraźnym naciskiem mediów. Starszyzna nie mogła znieść faktu sprawowania najważniejszej funkcji w polskiej piłce przez obcokrajowca. Leo Beenhakker przez pierwszych kilka dni był w szoku. Nie spodziewał się tak agresywnej postawy ludzi ze związku. Holender był bliski złożenia dymisji już następnego dnia po otrzymaniu posady selekcjonera! Może to świadczyć tylko o wyjątkowej zaściankowości i niechęci wobec jakichkolwiek zmian u panów: Engela, Piechniczka czy Laty. Na nasze szczęście, armia zawistnych przeciwników Beenhakkera nie zdołała go zniechęcić do pracy z polskimi piłkarzami. Don Leo rozpoczął żmudny proces selekcji, która tak naprawdę trwać będzie do maja przyszłego roku. Dobrze pamiętam lekkie podniecenie, a jednocześnie niesamowitą ciekawość przed ogłoszeniem listy powołanych na pierwszy mecz pod wodzą nowego trenera. Po samym fakcie byłem w lekkim szoku. Lista nazwisk wyglądała tak, jakby ogłaszał ją Paweł Janas. Osoby Sebastiana Mili, Jerzego Dudka, Seweryna Gancarczyka, Mirosława Szymkowiaka i Damiana Gorawskiego nie napawały optymizmem. Po pierwszym zaskoczeniu doszedłem do wniosku, że mecz z Danią posłuży jako „selekcja negatywna”. Ci, którzy spiszą się na miarę oczekiwań będą stanowić trzon przyszłej drużyny. Reszta natomiast, pożegna się z kadrą.

Początki Latającego Holendra nie były łatwe. Porażka w towarzyskim spotkaniu z Danią była przysłowiową wodą na młyn dla armii przeciwników Leo. Potem przyszedł, jak do tej pory, najgorszy mecz reprezentacji pod wodzą Beenhakkera. Polacy zagrali fatalne zawody z Finami, przegrali 1:3 i w beznadziejnym stylu rozpoczęli eliminacje do EURO 2008. Dobrze pamiętam grzmiącego Jana Tomaszewskiego, który twierdził, iż „zatrudnienie Beenhakkera było dużym błędem. Holender nie miał pojęcia o naszych piłkarzach i naszym futbolu”. Wtedy większość przyznawała mu rację. Kibice tracili wiarę, czego skutkiem była niska frekwencja podczas meczu z Serbami. Gra naszej reprezentacji wyglądała dużo lepiej niż podczas spotkania z Finlandią, ale mimo to, nie udało się wygrać. Po dwóch spotkaniach Polska miała na swoim koncie zaledwie 1 pkt. W październiku Polakom udało się wygrać z Kazachami 1:0 po bramce Euzebiusza Smolarka. 4 dni później byliśmy świadkami najlepszego meczu w wykonaniu naszej kadry w XXI wieku. To, co Polacy zaprezentowali w spotkaniu w Portugalią, było nie do przewidzenia. Grali mądrze piłką, nie pozbywali się jej bezsensownie. Takie gwiazdy światowego futbolu, jak Deco, Cristiano Ronaldo czy Simao nie istniały w starciu z podopiecznymi Don Leo. Polska wygrała 2:1 i znów powróciła nadzieja. Nadzieja na to, ze jeszcze nie wszystko stracone. Listopadowy mecz z Belgami tylko to potwierdził. Wygraliśmy 1:0 po bramce Radosława Matusiaka. Polacy zagrali perfekcyjnie pod względem taktycznym. Rok 2006 zakończyliśmy z uśmiechem na twarzy i głęboką wiarą w geniusz Leo Beenhakkera.

Ten rok był kluczowy w kwestii walki o awans na EURO 2008. Przed dwumeczami z Azerbejdżanem i Armenią wszyscy podkreślali, iż 12 punktów mamy w kieszeni. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Mecze u siebie wygraliśmy w dość pewnym stylu. Najpierw 5:0 z Azerami, którzy nie byli w stanie przeciwstawić się graczom Beenhakkera. Kilka dni później było już dużo ciężej. Do Kielc przyjechała reprezentacja Armenii. Polacy wygrali zaledwie 1:0. W czerwcu odbyły się dwa spotkania za Kaukazem. Polacy podejmowali po raz kolejny te same drużyny. W pierwszym meczu wygraliśmy 3:1. Gra wyraźnie się nie układała. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1. O zainkasowaniu 3 punktów zadecydowała forma Ebiego Smolarka i Jacka Krzynówka. 6 czerwca graliśmy z Armenią. W tym spotkaniu mieliśmy bardzo dużo pecha. Kilku klarownych sytuacji nie wykorzystał Marek Saganowski i niestety z dalekiej wyprawy wracaliśmy tylko z 3 punktami. We wrześniu czekały na nas zespoły Portugalii i Finlandii. Serce podpowiadało, ze uda się zgarnąć 4 punkty, które praktycznie zapewnią nam awans. Po raz kolejny gracze Leo Beenhakkera zagrali świetne zawody z Portugalią. Znów o sukcesie przesądził Jacek Krzynówek, którego atomowe uderzenie znalazło się w siatce bezradnego Ricardo. W meczu z Finami mieliśmy sporo szczęścia. Gospodarze mieli sporo dogodnych sytuacji, ale w bramce dobrze spisywał się Artur Boruc. Ostateczny wynik 0:0 odzwierciedlał to, co działo się w Helsinkach. W październiku tego roku graliśmy z Kazachstanem. Po wiadomych komplikacjach Polakom udało się zainkasować kolejne 3 punkty. Wiadomo było, ze do historycznego awansu wystarczy wygrana z Belgami. Byliśmy w komfortowej sytuacji, ponieważ wszystko zależało od nas. Do meczu z Belgami podchodziłem z wielkimi nerwami. Teoretycznie wszystko wypadało na naszą korzyść, ale wiadomo przecież, że w piłce nożnej wiele zależy od szczęścia. Akurat 17 listopada opatrzność była po naszej stronie. Ebi Smolarek dwukrotnie znalazł się tam, gdzie być powinien. Gra nie wyglądała rewelacyjnie, co podkreślał na pomeczowej konferencji selekcjoner, ale dla nas liczył się tylko fakt, iż wreszcie zagramy na Mistrzostwach Europy.

Emocje po meczu z Belgami jeszcze nie opadły. Zapanowała ogólnonarodowa euforia na punkcie naszych piłkarzy i trenera Leo Beenhakkera. Dobrze, teraz jest czas na zabawę, ale trzeba mieć w pamięci błędy popełnione w przeszłości. Poprzedni szkoleniowcy (Jerzy Engel i Paweł Janas) popełnili błędy w przygotowaniach, które były aż nadto widoczne podczas zmagań grupowych. Leo Beenhakker doskonale zdaje sobie sprawę, iż to dopiero początek drogi. Przed nami ponad 200 dni do startu EURO 2008. Wstępny etap selekcji mamy już za sobą. Wykrystalizowała się grupa zawodników, która stanowić będzie trzon drużyny podczas imprezy. Należą do nich: Boruc, Kuszczak, Wasilewski, Żewłakow, Bąk, Bronowicki, Jop, Błaszczykowski, Dudka, Lewandowski, Krzynówek, Smolarek, Żurawski, Sobolewski. Jeśli będą omijać ich kontuzje i będą grać regularnie w swoich klubach to na pewno pojadą do Austrii i Szwajcarii. Wymieniłem tylko 14 nazwisk, a przecież zespół składa się 23 graczy. To jest właśnie zadanie Leo Beenhakkera na najbliższe miesiące. Musi szukać dalej, nie wolno mu zakończyć selekcji na tym etapie. Akcję o kryptonimie „EURO 2008” czas zacząć!

Po awansie, przed Serbią

Wygrana z Belgami w Chorzowie, 7 innych zwycięstw, 3 remisy i 2 porażki zadecydowały, że reprezentacja Polski może na kolejkę przed końcem eliminacji cieszyć się z awansu do turnieju finałowego Euro 2008. Szansę na wyprzedzenie Polaków w grupie A na finiszu w dalszym ciągu zachowuje Portugalia. Do tego jednak potrzebna będzie dobra wola liderów, którzy muszą zgubić punkty w Belgradzie, a Portugalia, żeby myśleć o awansie z pierwszego miejsca musi bez względu na wszystko wygrać. Iberyjczycy w dalszym ciągu mogą jednak nie tylko nie wywalczyć czołowej pozycji, ale i... awansu. Wystarczy, że przegrają z Finlandią, a Serbia wygra z Kazachstanem, a następnie z Polską, a zajmą w grupie czwartą lokatę. W grupie A do ostatniej chwili emocji nie powinno zabraknąć.

Drużyny wylosowane do uczestnictwa w tej grupie stworzyły ciekawą historię. Polska rozpoczęła fazę eliminacyjną od porażki w Bydgoszczy, może skończyć bez punktów w Belgradzie, po drodze poniosła klęskę w Erewanie, a pomimo to ostateczny rezultat 15-miesięcznych zmagań jest niewątpliwym sukcesem. Bo nie można inaczej tego nazwać, skoro Polaków zabrakło w dotychczasowych dwunastu imprezach o miano mistrza Starego Kontynentu. Trzynasty turniej okazał się szczęśliwy, podobnie jak czternasty, w którym udział zapewniliśmy sobie poza boiskiem. Weźmiemy udział w drugiej najważniejszej imprezie reprezentacyjnej dla drużyn z naszego regionu dwa razy z rzędu. W tej najważniejszej, mistrzostwach świata, już dokonaliśmy podobnego wyczynu. I to po szesnastu latach przerwy. Wprawdzie właściwe zmagania przyniosły zawód, ale co niektórzy zauważyli z pewnością, do czego zmierzam. Czy w polskiej piłce dzieje się lepiej po zapaści w latach dziewięćdziesiątych?

Piłka klubowa kontynuuje swoją drogę na dno albo przynajmniej nie próbuje wydostać się na powierzchnię. Do Ligi Mistrzów UEFA nie udało się zakwalifikować żadnemu z menedżerów od przeszło 10 lat. Z reprezentacją awans do dużych imprez udało się uzyskać w ostatnich 6 latach trzem różnym trenerom. I nie dostają oni kolejnej szansy co roku, tylko 2 razy rzadziej. Może to sugerować, że mamy dobrych trenerów i świetnych piłkarzy, ale tylko za granicą. Nie jest to prawda. Po pierwsze piłkarzy świetnych u nas brakuje. Albo przynajmniej za świetnych nie uważa się ich w Europie. Raczej uznawani są za przeciętnych, rzadziej wyróżniających się, solidnych. Leo Beenhakker udowodnił, że "poczciwych" nie brakuje i w Orange Ekstraklasie. Holender obejrzał parę ligowych meczów, wyszperał kilku zawodników, którzy okazali się lepsi od "reprezentantów Zachodu". Zresztą poprzeczka nie jest tutaj wysoko postawiona, bo wielu z jego wybrańców pomimo tego, że nie przekonują do siebie trenerów klubowych, u niego dostaje szansę. Grupa piłkarzy na średnim europejskim poziomie osiągnęła pod przewodnictwem Beenhakkera sukces. Ale czy to oznacza, że gdyby Leo został wybrany trenerem Wisły Kraków czy Legii Warszawa, to przekroczyłby wrota baśniowej Ligi Mistrzów?

Niekoniecznie. Podobnego zadania podjął się Jerzy Engel kilkanaście miesięcy po mundialu w Azji i zawiódł. Niektórzy pamiętają, że był blisko, ale fakty są jasne - poniósł klęskę. Czy zabrakło "rzemieślników", którzy mogliby z powodzeniem wykonać zadanie? A może raczej chodzi o czas pracy nad doborem wykonawców? Z reprezentacją Engel pracował blisko 3 lata, z Wisłą niecałe 4 miesiące. Paweł Janas trenerem kadry był przez ponad 3,5 roku. Leo Beenhakker swój pierwszy sukces odniósł już po 16 miesiącach za sterami reprezentacji, ale jego kontrakt został przedłużony już wcześniej. Czy nie jest to łatwa do zinterpretowania podpowiedź dla właścieli klubów? Każdy trener, nawet wybitny fachowiec potrzebuje czasu i zaufania, żeby mógł zaoferować pożądane wyniki. Początki mogą być trudne. Mogą też być zaskakująco udane, ale i tak po pewnym czasie przychodzi kryzys. Żeby wyjść z kryzysu trzeba potrafić znaleźć dobre rozwiązanie, a tutejsi prezesi nie szukają, tylko mają gotową receptę - dymisję trenera. Jedynym przykładem na wielką wagę cierpliwości i zdrowego rozsądku w dochodzeniu do celu w futbolu na naszym podwórku jest właśnie reprezentacja. Kolejne modelowe przykłady to Anglia i dwa najbardziej utytułowane kluby w ostatnim dziesięcioleciu - Arsenal i Manchester United. Tak, to są kluby zdecydowanie inne, instytucje, które górują nad naszymi w każdej kategorii, ale czy ktoś wątpi, że Ferguson w czasie swojej 21-letniej i Wenger 11-letniej pracy zdążyli przegrać już "kilka" ważnych meczów? A jednak utrzymali swoje posady i z każdym sezonem ich drużyny są coraz mniej nieobliczalne, zawsze walczą o najwyższe cele. To efekt wieloletniej, zaplanowanej, konsekwentnej pracy. Jest to temat rzeka, bo ile lig i klubów, tyle historia zna przypadków obchodzenia się ze szkoleniowcami.

Wracam więc do tematu reprezentacji. Co pozwoliło nam odnieść sukces, skoro pisałem o grupie "poczciwin"? Można powiedzieć, że Leo Beenhakker, który zbudował kolektyw (nie odbierajmy cesarzowi tego, co cesarskie), ale awans jest przynajmniej w takim samym, a nawet większym stopniu dziełem piłkarzy. I tak "poczciwiny" były kierowane przez graczy z trochę wyższej półki. W futbolu chodzi o strzelanie bramek, a w tej kategorii najwięcej dali drużynie Ebi Smolarek i Jacek Krzynówek. Strzelili łącznie ponad połowę bramek dla polskiej drużyny. Zawodnik Racingu zaliczył kluczowe trafienia przeciwko Kazachstanowi, Portugalii i wreszcie Belgii. Bramką z tych eliminacji, którą będę najdłużej pamiętał jest jednak "strzał rozpaczy" Krzynówka na 2:2 w Lizbonie. Obaj zawodnicy sprawili także, że udało nam się wybrnąć z trudnej sytuacji w czerwcu w Baku. Bramek, które dawały nam punkty było więcej, bo właściwie o żadnej nie można powiedzieć, że była bezwartościowa. Warto jeszcze zwrócić uwagę na gole Matusiaka w Brukseli i Żurawskiego w Kielcach. Połowę z dotychczasowych ośmiu zwycięstw Polacy odnieśli z przewagą jednej bramki.

Aż dziw bierze, że w zestawieniu strzelców przez moment znalazł się Maciej Żurawski. W tych eliminacjach nie strzelił poza bramką z Armenią nic. W klubie przez swoją niedyspozycję stracił miejsce w składzie, dlatego od końca marca nie miałem okazji widzieć Żurawia pakującego piłkę do siatki. Jest to po części problem reprezentacji. W meczu z Belgią Żurawski był ustawiony początkowo jako jedyny napastnik. Piszę "po części", bo mieliśmy skutecznych skrzydłowych. I dopóki oni nie będą zawodzić, wszystko będzie w porządku. Tylko strach pomyśleć, że Smolarek albo Krzynówek mogliby złapać przed turniejem finałowym kontuzje. Czy ma ich kto zastąpić? Ważny jest trzon każdej drużyny, ale Polska bez Bąka, Lewandowskiego, Krzynówka i Smolarka musiałaby się narodzić na nowo. Chodzi nie tylko o umiejętności piłkarskie, ale i przywódcze, a także siłę przyzwyczajenia. Kiedy (na szczęście rzadko) jednym ze środkowych obrońców nie jest Bąk, na tyłach robi się nerwowo. Kiedy zabraknie Lewandowskiego, w środku brakuje nóg do ciężkiej pracy. Bez Krzynówka obrońcy rywala mogą czuć się dużo bardziej komfortowo. Brak Smolarka może spowodować trudności w wykańczaniu akcji albo ograniczyć liczbę bramek zdobywanych z niczego (co w meczach takich jak wczorajszy z Belgią jest nieodzowne). Są to uwagi ogólne, ale cieszy, że w konkretnym meczu liderzy nie zawiedli. Ta cecha ich wyróżnia, zawsze można na nich liczyć. Z grona liderów odpadł niestety Żurawski, ale jest to kolejny temat do oddzielnego tekstu.

Ciekawi mnie jak mecz z Serbią potraktuje Leo i reprezentanci? Czy "Orły" rozpoczną bardzo wcześnie okres przygotowań do EURO? Czy z Serbią zagra najsilniejszy skład czy Leo postawi na piłkarzy z drugiego planu, którym też jednak zaufał? Ostatni typowy sprawdzian dublerów był bezbarwnym widowiskiem. Czy zagramy o punkty do rankingu FIFA? Zarzut grania dla samego siebie jest wysuwany wobec selekcjonera ekipy Francji - Raymonda Domenecha. Jego przeciwnicy twierdzą, że nawet w "meczu o pietruszkę" korzysta ze sprawdzonej starej gwardii, zamiast wprowadzać do drużyny młodych. Jego założenia pozwoliły jednak doprowadzić Francuzów do finału zeszłorocznego czempionatu. Jeżeli podobnie będzie czynił Beenhakker, a za kilka miesięcy będziemy walczyć w finale ME, to nie będę miał do niego pretensji. Tylko, że to trochę nie w jego stylu. Przez kolejne 202 dni cała Polska pozna z pewnością jeszcze kilku niezłych piłkarzy, o których dotychczas słyszeli tylko kibice Górnika Zabrze czy Korony Kielce.