niedziela, 29 czerwca 2008

Finał EURO - przywilej nie tylko Bogów


Notka o śmierci Joga Bonito z 15 kwietnia uśmierciła ten blog na ponad dwa miesiące. Nie zdołała jednak zgładzić wspomnianej pięknej gry, która podczas największego turnieju piłkarskiego tego lata - EURO - przeżywa renesans. Cała Rosja świętowała po zwycięstwie swoich reprezentantów nad Holandią do białego rana, a reszta kontynentu przez kilka dni cmokała nad stylem gry drużyny Guusa Hiddinka. Największą pochwałą dla sportowego (ale przez ostatnie kilka lat niezbyt kojarzonego z futbolem) mocarstwa były gratulacje złożone przez przywódcę uważanego wcześniej za najbardziej efektownie grającą ekipę mistrzostw teamu Oranje - Marco van Bastena. Wielka siła ofensywna została jednak poskromiona przez jeszcze większą i również zapomnianą - La Furia Roja. Jak stłamsić przeciwnika o niezmierzonych możliwościach w ataku wiedzieli też Niemcy. W ćwierćfinale czempionatu pokonali Portugalczyków, a mistrzów ostatnich minut gry Turków obezwładnili ich własnym orężem i udowodnili, że styl gry jest sprawą istotną najwyżej dla kibiców poległych rywali. Dlatego mistrzostwa zakończą się starciem dwóch drużyn uznawanych za faworytów zawsze. Niemcy osiągają jednak wyniki częściej niż ponoszą klęski, a także częściej niż wskazuje na to zdrowy rozsądek. Hiszpanie natomiast, żeby pochwalić się sukcesami reprezentacji muszą raczej sięgać po literaturę historyczną, a nie współczesną prasę sportową.

Udział dwóch wielkich państw w finale podnosi prestiż rozgrywek. Zmagania w Portugalii 4 lata temu są do dzisiaj traktowane przez niektórych z przymrużeniem oka, a ówcześni zwycięzcy - Grecy - jak niedzielni mistrzowie. I może słusznie, bo dowody ich słabości są poważne. 4 lata wcześniej złoty medal, dwukrotnie Portugalia oraz Francuzi i Czesi na łopatkach, teraz 0 punktów i miano najsłabszej drużyny turnieju. Porównywalne rozczarowanie swoim fanom przyniosła tylko postawa Les Bleus. Złota generacja właśnie wyzionęła ducha.

Co mają do zaoferowania kibicom drużyny finalistów? Hiszpanie - naturalną skłonność parcia do przodu, Niemcy - zwycięstwa. Pomysł na sukces drużyny z Półwyspu Iberyjskiego nie zawsze się sprawdzał, ale tym razem jest inaczej. Może to nie pomysł, tylko wykonanie? Szeroka publiczność poznała pochodzącego z Brazylii Marcosa Sennę, który nie pełni roli czarującego-rozgrywającego (bo tych w La Selección nie brakuje), ale pana od brudnej roboty, który po udanym przejęciu rozpoczyna akcję swojej drużyny. Podobnie jak polski Roger stanowi doskonałe uzupełnienie reprezentacji, której czegoś wcześniej brakowało. U nas Guerreiro jednak przeszedł płynnie z roli piłkarza zapasowego do gracza kluczowego, tymczasem Senna od samego początku pełnił w drużynie Luisa Aragonésa rolę istotną i tak już pozostało.

Obu piłkarzy łączy właściwie tylko obywatelstwo i fakt, że nie mieli większych szans na zaistnienie w reprezentacji Canarinho. Jak na dłoni widać tutaj mądre decyzje szkoleniowców wspomnianych drużyn, ale przede wszystkim bogactwo brazylijskiego futbolu, nie tak znowu większe od zasobów argentyńskich. Niektórzy kibice dosyć pogardliwie wobec drużyn z innych kontynentów nazywają EURO mistrzostwami świata bez udziału Brazylii i Argentyny. Nie jest moim zamierzeniem dowodzenie prawdziwości lub fałszywości przedstawionej tezy, lecz jedynie uzmysłowienie, że EURO bez przedstawicieli tych dwóch nacji się obecnie nie odbywa. Listę Brazylijczyków można co najwyżej zacząć od Marcosa i Rogera, bo jest ich znacznie więcej, a argentyńskim przykładem jest oriundi z Juventusu Turyn - Mauro Camoranesi - mistrz świata 2006.

Niemcy także polegają na piłkarzach pochodzących z innych krajów, aby łatać braki w określonych formacjach. Takie pozycje jak bramkarz i obrońca są uznawane za największą siłę Die Mannschaft, w pomocy rządzą i dzielą Michael Ballack i Bastian Schweinsteiger, ale już wśród napastników mamy do czynienia z ciekawym miksem narodowości - dwóch zawodników pochodzenia polskiego, po jednym węgiersko-panamskiego (Kevin Kuranyi) i hiszpańskiego (Mario Gómez). Oczywiście nie ma tutaj tygla vide Arsenal Londyn, ale już za kilkadziesiąt minut w Wiedniu widoczną rolę powinno odegrać grono piłkarzy wywodzących się z różnych części globu, nie tylko z Niemiec i Hiszpanii, a nawet niekoniecznie związanych od urodzenia z Europą.

Spotkanie o tytuł mistrza Europy można potraktować także jako miernik jakości systemu szkolenia i siły rozgrywek ligowych obu krajów. W 23-osobowej kadrze Hiszpanów oprócz angielskiej piątki (Torres, Fabregas, Alonso, Arbeloa, Reina) znajdują się wyłącznie piłkarze La Liga. U Niemców zagraniczniaków jest nawet mniej (Lehmann, Ballack - Anglia, Odonkor, Metzelder - Hiszpania; stan sprzed turnieju finałowego). Ciekawostką jest, że podobny wzór obowiązuje wśród dwóch pozostałych półfinalistów - Rosjan (1 piłkarz z zagranicy) i Turków (7). Dla porównania kadra Polski składała się z zawodników występujących w 11 różnych krajach (12 ligach).

Wymienione cechy anatomiczne drużyn finalistów sugerują, że dzisiejszy mecz nie powinien nudzić. Mieszanka piłkarzy kilku narodowości, grających na co dzień w dwóch ligach o wysokim standardzie, przy jednoczesnym udziale kontyngentu z Premier League (uważanej dosyć powszechnie za obecnie najsilniejszą ligę świata) znamionuje widowisko znakomite. Na dodatek zderzenie olbrzymiego doświadczenia z debiutancką żądzą sukcesu na ławce trenerskiej. Kolejny znak, że wszystko musi być dzisiaj piękne, wspaniałe, najwyższej klasy. Ale nie musi, bo przecież zmieszanie wielu substancji, nawet najbardziej szlachetnych, nie gwarantuje, że otrzymamy ambrozję. Ale czy naprawdę potrzebujemy gwarancji, żeby móc zasiąść w niedzielny wieczór przed telewizorem (szczęściarzom na stadionie gratuluję), aby obejrzeć odbywający się raz na 4 lata finał Mistrzostw Europy?